El Gouna – Hamata

Powodem dość długiej przerwy w pisaniu była intensywna i kreatywna praca, której efekty już wkrótce, no a poza tym zasiedzenie w El Gounie, bo o czym tu pisać, jak każdy dzień wygląda tak samo? Stwierdziłam, że po półtora roku mieszkania w Egipcie, wstydem by było nie zobaczyć nic więcej, poza „własny podwórkiem”. Szczerze mówiąc nie wiele straciłam, no ale o tym zaraz. Wybraliśmy się więc na wycieczkę do Hamaty, tak popularnego ostatnio spotu, oddalonego od El Gouny o całe 400km. Samochód zapakowany po dach, deska surfowa wystająca przez okno, aparat w pogotowiu i w drogę. Nie śpieszyliśmy odwiedzając po drodze Soma Bay, Safagę, Marsa Alam, aż w końcu dotarliśmy do celu.

Soma Bay jest fajnym spotem, duże laguny i bliskość dobrych hoteli to wielki plus. Jednak atmosfera niemieckich baz (bo tylko takie tam znajdziecie) odstrasza ludzi. Pracownicy i o dziwo klienci chodzący na baczność, sygnał dźwiękowy niczym z wojska oznaczający zakończenie pływania i zakaz wszystkiego, czyli prawdziwy „Ordnung muss sein”. Szybko stamtąd uciekliśmy odwiedzając po drodze znajomych w Safadze.

Safaga zwana Syfagą świeci pustkami. Bazy wyposażone w dziesiątki desek i żagli windsurfingowych podumierają. Aż żal patrzeć…windsurferzy, gdzie jesteście??

Następnym miasteczkiem, przez które przejeżdżaliśmy było Al Qoseir. Jeśli można zobaczyć coś pięknego w egipskich miasteczkach nadmorskich pełnych śmieci, brudu i biednych ludzi, to musze powiedzieć, że Al Qoseir był na swój sposób wyjątkowy….może to za sprawą włoskiego nuty, którą czuć było na każdym kroku. Do tego miasta Rosjanie czy Polacy nie dojeżdżają, pobliskość lotniska Marsa Alam sprawia, że miasteczka te są przesiąknięte Włochami. Ludzie jacyś tacy, jakby bardziej uśmiechnięci, mniej natarczywi, jakoś tak inaczej, lepiej…

Na koniec dnia cudem udało nam się znaleźć tani motelik w Marsa Alam, żeby przenocować i odpocząć. Cena 10$ adekwatna była do standardu. Jednak za łatwe to było na Egipt. Panowie zażądali pokazania aktu ślubu, aby dać nam jeden pokój. Pół godziny tłumaczenia i straconych nerwów, żeby przespać się w obskurnym motelu razem z naszymi przyjaciółmi, karaluchami….Marsa Alam to w zasadzie jedna główna ulica, gdzie z trudem można znaleźć jakąś knajpe. Tzn, jest, fantastyczna restauaracja z bogatym menu, tylko jedzenia nie ma….

Zbliżając się do Hamaty przekroczyliśmy tablicę z napisem „Wadi El Gamal National Park”. Warto było się zatrzymać bo widok bezcenny…w miejscu, gdzie zaczynał się egipski park narodowy, było też …największe skupisko śmieci….

Wreszcie w Hamacie! Spot zrobił na nas ogromne wrażenie! Niesamowicie wielka przestrzeń, płaska laguna i zero kamyków czy muszli. Do tego ten prosty krajobraz przyozdabiają słynne już drzewa Mangrove rosnące w wodzie i otoczenie wysp. Spora baza, z dobrą atmosferą, przyjaznym staffem, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce. Wszystko super, tylko co, jak nie wieje?

Silny wiatr utrzymywał się mniej więcej do południa, później stopniowo gasł, pływanie kończyło się więc dosyć wcześnie.

W Hamacie oprócz spotu, są jeszcze trzy hotele, chatki lepione z gówna i tektury, wędrujące wielbłądy i kawał pustyni. Dalej jest check point, przez który nikomu nie wolno już przejeżdżać. A dalej nie ma już nic. Warto też dodać, że różnica temperatur między El Gouną a Hamatą, jest znaczna. Co najmniej kilka stopni więcej.

Zostaliśmy bardzo mile ugoszczeni w hotelu The Wadi Lahmy Azur Resort****. Muszę powiedzieć, że wysoki standard i przemiła obsługa totalnie nas zaskoczyły. Dostaliśmy fantastyczny pokój z widokiem na morze w bardzo preferencyjnej cenie. Z przyjemnością mogę polecić ten hotel. Poza tym co godzinę organizowane są transfery na spot do Kite Village, który oddalony jest o kilka kilometrów od hotelu.

W Hamacie spędziliśmy kilka bardzo fajnych dni, ale to w zupełności wystarczyło…