Mui Ne, Vietnam

Wioska rybacka przerobiona na kurort turystyczny. Gdyby nie palmy i tropikalny klimat powiedziałabym, że przyjechaliśmy do Władysławowa:) Przez całe miasteczko ciągnie się jedna ulica, a wzdłuż niej knajpy, bary, sklepy, stragany uliczne i hotele. Całkiem przyjemne to jest miejsce na wakacje, do życia już nie do końca. Zaskoczeniem dla nas było, to jakim problemem okazała się komunikacja z lokalesami. Otóż w znanym kurorcie turystycznym 9 na 10 osób nie mówi po angielsku, a zamówienie śniadania rośnie do rangi nie lada wyczynu. Po rosyjsku natomiast mówią nawet babcie sprzedające owoce na ulicy, a szyldy i menu w restauracjach jest praktycznie wszędzie w tym, że języku. Mogę śmiało powiedzieć, że liczba Rosjan w Mui Ne dochodzi do liczby Wietnamczyków, co jest lekko przerażające…szczególnie, że typ Rosjanina na wakacjach w Mui Ne to łysy ze złotym kajdanem w bokserce, z brzuchem, który pewnie nie raz służy za stolik pod browar i białymi skarpetkami w sandałach…w tym momencie dziękuję losowi, że nie urodziłam się za naszą wschodnią granicą…

To co niewątpliwie przyciąga co roku ludzi do Mui Ne, to ceny, wspaniałe jedzenie i wiatr. Mimo, że co kilka dni wymienialiśmy pieniądze na miliony miejscowych dongów, to po przeliczeniu z niedowierzaniem patrzyliśmy na cudownie niskie ceny. Czysta przyjemność wydawania ogarnia człowieka, kiedy okazuje się, że wypasiony obiad złożony z co najmniej dwóch dań z sea foodem można zjeść za mniej niż 5$. Mieszkanie może kosztować nie wiele więcej bo już 15$ za dobę.

Wiatru na ogół w Mui Ne nie brakuje, my jednak mieliśmy troszkę mniej szczęścia, bo na 2 tyg pobytu przypadł nam tydzień wiatru, podczas którego moja 9 spokojnie dała radę. Na plaży, jak na marszałkowskiej, roi się od szkółek kite’owych, spacerujących turystów i rybaków zarzucających wędki prosto z plaży, czasem więc trzeba wykazać się zdolnościami akrobatycznymi, żeby pokonać wszystkie przeszkody i spokojnie sobie popływaćJ Przybój jest dość duży i z końcem dnia mocno wzrasta, ale spokojnie do przejścia. Dalej już tylko czop i trochę sieci w pakiecie. Ogólnie rzecz biorąc spot marzeniem nie jest, ale nie szkodzi, i tak było fajnie:)

W sezonie w Mui Ne jest jak na Helu, idąc ulicą nie sposób nie spotkać znajomych kajciarzy. Podczas naszego pobytu odbyły się zawody KTA, w których Marek Rowiński zdobył drugie miejsce we freestylu.

Najbardziej będzie mi brakowało świeżych owoców przynoszonych w koszach codziennie na plażę przez lokalne kobiecinki na barkach, kokosów prosto z drzewa i soczystych ananasów. Dieta na lekkiej, wietnamskiej kuchni była fantastyczną odmianą, ale nawet noodle soup z krewetkami i świeżą trawą może się w końcu znudzić.

Życie na miejscu, do ciężkich nie należy, spokojnie można jechać w ciemno, bo załatwienie zakwaterowania czy transportu to bułka z masłem, a lokalni ludzie chętnie pomogą, jak tylko uda się z nimi dogadać:)

Meksyk – praktycznie i turystycznie

Tym razem krótko i rzeczowo, kilka najpotrzebniejszych informacji dla tych, co w planach mają wizytę w Meksyku.

Transport

Jest kilka opcji, ja wybrałam AirFrance i myślę, że wybór był dobry. To też odpowiednia opcja dla tych, co nie mają wizy US. Okazuje się, że nawet mając lot łączony i nie opuszczając lotniska w Stanach, bez wizy można zostać zatrzymanym. Niby bzdura, a jednak nie da rady. Dlatego też lot przez Paryż i Mexico City jest dobrym rozwiązaniem. Dwie przesiadki, Warszawa-Paryż-Mexico City- La Paz, łącznie ponad 20h, dramatycznie długo? A jednak było to jedno z najszybszych połączeń na płw kalifornijski. Poza tym serwis w samolocie Air France mile zaskoczył, bardzo dobre jedzenie, serwowane praktycznie non stop i wbudowane w fotel telewizorki z biblioteką multimedialną umiliły lot. Powrót samolotem AeroMexico o podobnym standardzie, ale jedzenie dużo gorsze. Za to samolot był do połowy pusty, można więc było rozłożyć się spokojnie na trzech siedzeniach.

Bagaż

To co interesuje każdego kitesurfera, czyli bagaż. Air France za bagaż sportowy liczy 100EUR, a nawet za 1kg nadbagażu kolejne 100. Chyba, że jest to golf, wtedy torba podróżuje za free. I tak też się stało, ku mojej uciesze, kite, decha i mnóstwo innych gadżetów w golfowym quiverze poleciało z Polski do Meksyku i z powrotem zupełnie za darmo. W drodze powrotnej z La Paz Pan w check in, nie wyglądał na takiego, który ma blade pojęcie o opłatach dodatkowych, wziął więc moje dwie torby bez mrugnięcia okiem, nie patrząc na wagę i nadał bezpośrednio do Polski. Upewniłam się z niedowierzaniem, czy faktycznie dolecą do Warszawy (dwie przesiadki, to w końcu nie mały labirynt do pokonania dla takiej torby), ale Pan z uśmiechem na ustach zapewnił mnie, że nie mam się czym martwić. A więc się nie martwiłam, do czasu…kiedy wchodząc do samolotu w Paryżu, zobaczyłam przez okno „rękawa“ swoje walizki leżące jako jedyne na wózku przy samolocie… dolecą, nie dolecą? Nie doleciały. Na szczęście skończyło się bez dramatu, odnalezione w Paryży przyleciały następnego dnia. W końcu nie może być za dobrze:)

Kasa

W Meksyku obowiązują pesosy, w przeliczeniu na złotówki najlepiej dzielić na 4, czyli 100 pesos to 25 zł. Ani tam tanio, ani drogo, tak normalnie. Piękne mieszkanie, dwu pokojowe 550$/ms. Kawa w kawiarni 20 pesos. Obiad w knajpie 80-150 pesos, margarita w beach barze 60 pesos.

 Formalności

Wizę do Meksyku dostajemy na lotnisku, zazwyczaj bez problemu, nawet do 6ms. Żeby przedłużyć, należy przekroczyć granicę. Wiza pracownicza to również nie problem, ale trochę formalności i pieniędzy. Złożenie wniosku kosztuje około 150$, trzeba jechać do La Paz, postać trochę w kolejce i poczekać dwa tygodnie. Niezbędna jest deklaracja pracodawcy, o wizę trzeba starać się więc po otrzymaniu pracy. Kontrole zdarzają się często, a kary są spore, więc właściciele nawet najmniejszych szkółek dbają o to, żeby wszystko było legalnie.

Szkółki

W Los Barriles Exotic Kite, w La Ventana Kite Masters

Wiatr

W Baja California wiać zaczyna w listopadzie a przestaje w marcu, ale najlepsze miesiące to grudzień i styczeń. Temperatura jest raczej na długą piankę. Upały zaczynają się w marcu, wraz z koncem wiatru.

Piszę ten post wspominając Meksyk z pokładu samolotu Aeroflot, lecącego do Sajgonu. Jestem więc w drodzę na drugi koniec świata:) Lecę odwiedzić kolejny kite’owy spot – Mui Ne, gdzie w zimie koczuje spora ekipa rodaków będzie więc wesoło:) See you all there!

Adios Mexico!

Meksykańskie powietrze zadziałało, jak lekarstwo na wszelkie troski. Wystarczyły dwa miesiące i czuje się, jak nowonarodzona. Czasem warto wybrać się na koniec świata, żeby po prostu poczuć się lepiej. Żałuje tylko, że nie było mi dane zobaczyć reszty Meksyku, który jest chyba najbardziej zróżnicowanym krajem, jaki znam. Każda jego część to inny krajobraz, inni ludzie i ich dialekty, a nawet kultura i sztuka. Muszę powiedzieć, że stety i niestety osobiście zażyłam najwięcej tego „amerykańskiego“ Meksyku, bezpiecznego i spokojnego, ale to wystarczy, żeby wysnuć kilka słów na podsumowanie.

Ludzie.

Nigdzie, nie spotkałam tak sympatycznych i bezinteresownych ludzi, którzy starają Ci się pomóc w każdej sytuacji. Przypominając sobie moje pierwsze dni w Baja, mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie lokalni mieszkańcy, byłoby mi dużo trudniej znaleźć mieszkanie, ogarnąć formalności i zadomowić się. Pamiętam, jak nieufna byłam do każdej osoby okazującej mi zainteresowanie i troskę. Po tych 2 miesiącach chyba coś się we mnie zmieniło pod tym względem…mam nadzieję, że nie obruci się to przeciwko mnie, w moim, rodzinnym kraju:)

Autostop.

W Los Barriles nie ma taksówek, nie ma też tok toków i innych tego typu środków transportu. Każdy ma swój samochód lub quad. A jak nie ma to chodzi. Ja nie miałam, więc chodziłam. Codziennie przemierzone kilometry wzdłuż miasta i plaży, nieźle mnie wytrenowały. Jednak jak mogłam, łapałam „okazję“ i tutaj muszę powiedzieć, że nigdy tak często nie jeździłam „stopem“, jak w Meksyku, dlatego, że wystarczyło jedno machnięcie ręką i każdy samochód się zatrzymywał. I żeby było jasne, nie dlatego, że jestem dziewczyną, ponieważ próby mojego współlokatora przynosiły te same efekty, a dlatego, że (patrz akapit wyżej) dla tych ludzi jest to po prostu normalne, pomóc drugiej osobie. Niebywałe, a jednak. Dlatego stopem jeździłam nawet dwa razy dziennie.

Psy.

To czego nigdy nie zrozumiem i nie zaakceptuje, to jak meksykańczycy traktują zwierzęta. Moje miękkie na psi wzrok i merdanie ogonem serce, musiało się mocno uodpornić na codzienne widoki w Los Barriles. Błąkających się po mieście psów są dziesiątki. Prawie wszystkie mają obroże, prawie wszystkie należą do jakiegoś gospodarstwa, ale wszystkie są też brudne, zaniedbane, schorowane, zagłodzone i smutne. Meksykańczycy w jakiś sposób trzymają te psy na swoich gospodarstwach, a wierne psy trzymają się ich, ale patrząc po ich zapłakanym stanie i zapadniętych brzuszkach, śmiem twierdzić, że właściciele chyba wychodzą z założenia, że są to zwierzęta samowystarczalne i żywią się energią słoneczną… Nie mogłam spokojnie patrzeć, na te wystające żeberka i smutne oczy. Podkarmiałam psy. Od czasu do czasu kupowałam im suchą karmę i przechadzałam się „psią aleją“, żeby każdy coś dostał. Najpierw atakują, są nieufne, boją się ludzi. Jednak wystarczy chwila by udowodnić im dobre zamiary i szybko, lecz z niedowierzaniem patrząc, zostają twoim przyjacielem. Widać, że nie są przyzwyczajone, do tego, żeby człowiek je głaskał, karmił i okazywał uczucia. Kiedy to robiłam, mieszkańcy gospod wychodzili na ulice i patrzyli się na mnie jak na kosmitkę, a policjant przeganiał psy. Musiałam protestować i tłumaczyć mu co robię, w końcu odpuścił…a ja chciałam pomóc, chociaż przez chwilę. Chyba nigdy nie pogodzę się, z tym, jak ludzie krzywdzą zwierzęta, szczególnie psy, naszych najwierniejszych przyjaciół.

Fale

Po czasie śmiało stwierdzam, że fale są super! Przyzwyczaiłam się i nauczyłam, pływać na nich tak samo dobrze, jak pływałam po płaskiej wodzie. Dla tych co nie próbowali, szczerze polecam, jest fun! Szczególnie, jak wokół Ciebie skaczą manty, ławice latających ryb, pelikany polują, a w głębinach pływają delfiny, orki i wieloryby, które od czasu do czasu dają o sobie znać:)

Aha, przybój też nie przeszkadza, stał się dodatkową atrakcją i trampoliną do mega skoków!:)

A poza tym, najpiękniejsze wschody i zachody słońca, od purpurowych chmur po krwiste lawiny na niebie, ogniska i tańce na plaży no i zabójcza margarita! A wszystko to nie było by takie samo, bez mojej polsko-meksykańskiej ekipy, E&B, już za Wami tęsknie!

Ostatniego dnia pożegnały mnie wieloryby puszczając fontanny i machając ogonami, gdzieś na horyzoncie.

Jak to zwykł mówić mój Tata , „Idź przez życie śmiało i miej tęgą minę, łap szczęście za ogon i duś jak cytrynę”, no to złapałam i mogę spokojnie wrócić do domu….żeby niedługo ruszyć w dalszą podróż:)

Hasta Luego!

P.S. Twórcę Skype’a chętnie osobiście ucałowałabym w stopy, ułatwia mi życie każdego dnia!:)

„Lord of The Wind”

Wczoraj zakończyły się drugie międzynarodowe zawody kite i windsurfingowe w  Los Barriles. Zjechali się riderzy, media, oczywiście ogromna ekipa organizacyjna no i widownia. Nasza wioska ożyła! Muszę powiedzieć, że medialnie event ograny był na prawdę dobrze, zawody były filmowane przez Discovery i Travel Channel a wszystko można było oglądać na żywo na stronie epicsession.tv. Gro sponsorów, także wzbudzało respekt. Wielki ukłon dla trzech chłopaków prowadzących imprezę, którzy pomimo codziennych, wyczerpujących:) imprez, nie przestali mówić i komentować eventu przez 5 dni, day&night!:) I to by było na tyle z plusów. Organizacyjnie, jeden wielki bałagan, brak informacji, brak planu i brak zawodów z freestylu, na które czekali wszyscy, włącznie oczywiście z zawodnikami. Freestyle, pomimo sprzyjającemu przez pierwsze trzy dni wiatrowi, nie odbył się z przyczyn nikomu niewiadomych. Był za to race i slalom i jeszcze raz slalom i race i znowu race i slalom i tak przez 5 dni:) Kitesurferzy ścigali się na zmianę z windsurferami. W tej pierwszej grupie królował Johnny Heineken, wnuczek TEGO właśnie Heinekena, natomiast niepoknanym zwycięzcą każdego wyścigu windsurfingowego, a także pojedynku kite vel wind, bijąc swoich konkurentów co najmniej o 1 minutę, był Tyson Poor.

Zawodom towarzyszyły codzienne imprezy, które tak na prawdę dalej trwają. Oj nie łatwo było przetrwać ten tydzień… Koncerty rockowe i reggae na plaży, ogniska, bikini contest (który okazał się najzabawniejszą atrakcją wieczoru), brazylijscy bębniarze i tańce, tańce i jeszcze raz tańce. Do tego wplątały się urodziny E. które postanowiliśmy świętować o północy kąpiąc się w morzu w blasku księżyca. To był najlepszy czas w Mexico, nie pamiętam kiedy ostatnio wylałam morze łez…ze śmiechu oczywiście:)

A teraz pora umierać…

Dziękuje, dobranoc!

P.S. Myślę, że w Lord of The Wind oprócz organizacji lekko kuleje też marketing…no ale plus za kreatywność bo powstała nowa dyscyplina…windsrufing:)

It’s all about wind

Wiatr od jakiś dwóch tygodni nie daje nam chwili wytchnienia. Wróciło też lato, przestałam więc marznąć i nosić wełnianą czapkę na plaży. Dziś zaliczyłam swoją najlepszą meksykańską sesję kite’ową. Przy stałym i mocnym wietrze, zdepowerowana na swojej 9, poczułam się w końcu za pan brat z falami i wszystko znowu zaczęło wychodzić tak jak powinno, oby jak najwięcej takich dni:) A może nawet polubie falę bardziej niż myślałam…:)

W szkoleniu także progress, moi studenci już pływają, a ja pokonując codziennie kilometry plażą i instruując ich przez walkie-talkie, stwierdziłam, że jeśli mogę uczyć tutaj, to już mogę wszędzie:) 2h pracy w Los Barriles to tak jak 4h pracy w Egipcie, do domu wracam więc totalnie wypompowana…

A już niedługo przez wszystkich oczekiwany show „Lord of the Wind”, czyli coroczne zawody kite i windsurfingowe, warsztaty freestylu oraz imprezy na plaży! od 12 stycznia nasze małe miasteczko zamieni się w surferskie Las Vegas! Będzie się działo!:))

http://www.lordofthewindbaja.com/

Zgodnie z zasadą, jaki Nowy Rok taki cały rok, 2012 będzie mega wietrzny, nie ważne gdzie, bo we always go follow the wind...:)

¡Feliz Navidad

Wigilia Bożego Narodzenia zapowiada się w Los Barriles…bardzo wietrznie, ale absolutnie mnie to nie interesuje, ponieważ zamierzamy z E. od rana przygotowywać świąteczną kolację. Pomimo naszych antytalentów kulinarnych postanowiłyśmy w tradycyjny sposób (na tyle, na ile to oczywiście będzie możliwe) spędzić ten wieczór. Na stole pojawić się ma: grzybowa (z pieczarek), sałatki, łosoś, ciasto (marchewkowe) no i oczywiście ryba na danie główne. Okazuje się, że w wiosce rybackiej (w której mieszkamy) kupienie ryby to nie lada zadanie…nikt z nas nie wiedział, że zamówienia na świeże ryby można składać tylko we wtorki…oczywiście termin przegapiliśmy;) W inne dni rybacy odmawiają współpracy..no cóż rybak ciężki zawód, więc się ceni…Trwa więc misja sprowadzania ryby z La Paz, oby zakończyła się sukcesem!

Nasza polska drużyna rośnie w siłę, w Wigilię przylatuje do nas z Gwatemali kolejna zawodniczka, więc będzie wesoło:) trochę amerykańskiego akcentu wprowadzi mój współlokator, Mr „You know” i może wpadnie też Holender…a może jednak pójdzie tańczyć salsę, bo jak dzisiaj stwierdził, w Wigilię to wszyscy idą na imprezę:)

Miasteczko do świąt przygotowane jest w sposób…wyjątkowy…wygląda jak jeden wielki festyn:) W każdym domostwie coś się świeci, u jednych choinka, u drugich kaktus, gdzie indziej z koleii plastikowy renifer, a za rogiem trzej królowie. Najczęściej jednak świeci się Matka Boska, ubrana w świąteczne lampki i grająca amerykańskie kolendy:) Jednego dnia na zakupach postanowiłyśmy wybrać najbardziej kiczowate ozdoby świąteczne, wybór był ciężki, ale najbardziej zachwycił mnie prawdziwy Ciastek ze Shreka, znaleziony wśród mikołajków i bombek!

90% Meksykanów to katolicy. Do tej pory jednak nie widziałam tu ani jednego kościoła. Za to ołtarzyki Matki Boskiej można zobaczyć na każdym kroku, nawet przy jedynym w mieście klubie nocnym dla Panów „Dancing Dolphin”:)

W zeszłym roku Egipt, teraz Meksyk…ehh…aż strach pomyśleć, gdzie wyląduję następnym razem:)

Wesołych Świąt!

Merry Christmas!

¡Feliz Navidad

Prawdziwa siła natury

Kolejny tydzień w Meksyku mija pod hasłem „total relax”, a jedyną niebezpieczną rzeczą w Los Barriles jest Margarita, ostrzegam bardzo zdradziecka, może wyprowadzić niejednego zawodnika w pole…:)

Wychowana na egipskich lagunach, musiałam zmierzyć się z prawdziwym żywiołem, skończyło się przedszkole, zaczęła się jazda na falach! Woda ma tutaj płaską taflę tylko jak nie wieje, a normalnie fale są dosyć spore. Wszystko też zależy od kierunku wiatru, w ostatnie dni przyszedł z północy i zmącił spokój w mieście. Aha no i jeszcze przybój, trzeba uważać, żeby nie zmieliło na samym początku! Ostatnie dni mocno wiało, od 20-30 knt, dużo osób pływało na 8, 7 a nawet 6, ale moja 9 jak zawsze dała radę:) Takie pływanie to jest jednak zupełnie co innego, pracuje każdy mięsień i wyssysa energię do ostatniej kropelki. Ogromnym plusem są tutaj piękne, szerokie plaże ze złotymi drobinkami oraz w miarę stały i przewidywalny wiatr. Zazwyczaj zaczyna wiać około 11.00 rano (idealnie, żeby się wyspać) i przestaje koło 17:00 (w sam raz, żeby się nie przemęczać) 🙂

Jednego dnia, w ramach odpoczynku wybraliśmy się do La Paz, miasta oddalonego o jakieś 2h jazdy stąd, żeby kite’ować po płaskiej wodzie. Zatoka w mieście z dwumetrową plażą przy samej drodze okazała się fantastycznym miejscem, a woda miała prawie płaską taflę, czyli taką jak w El Gounie przy wysokim pływie:) Szaleliśmy więc i ćwiczyliśmy tricki, a na plaży zbierała się spora publika gapiów, była nawet lokalna telewizja:)

Newsy z kategorii „różne”: prawie w ogóle nie ma komarów, za to są skorpiony. Biało-zielone, gryzą, ale nie uśmiercają. Mieliśmy przyjemność się już poznać, nie widziałam, że umiem tak szybko biegać… Poza tym do tej pory widziano już żółwia, który przechadzał się po plaży, lwa morskiego o imieniu Oscar (jest tutaj stałym bywalcem), polujące delfiny, skaczące manty wariatki, co robią potrójne salta w powietrzu, latające ryby a ostatnio wieczorem na plaże przywędrowały nawet dzikie krowy….ponoć pojawił się też Pan Rekin….A za nami pierwsze full moon party!

Full Moonphoto by Bart Binder