Beżmyślność – czyli Egiptu kres

Minęło dużo czasu od ostatniego posta, chociaż zbierałam się do pisania w każdej wolnej chwili. Chyba jednak potrzebowałam nabrać zdrowego dystansu, zapomnieć o egipskich mękach i utwierdzić się w przekonaniu, że jest to koniec beżowej historii a do Egiptu nie wrócę, choćby mi słono za to płacili! Brzmi groźnie, ale od powrotu do Polski minęły prawie dwa miesiące, a ja nadal na hasło „Egipt” wzdrygam się z obrzydzenia…

„Dlaczego, to przecież taki fajny kraj?” pytają się niektórzy… w końcu tak ciepło, pięknie, ludzie przyjaźni no i na kite’a cudne miejsce… Zaczynając od końca – z tym kite’m to bym nie szalała, bo w tym roku wiatr się nie popisał. Od kwietnia do lipca nie było porządnego pływania, Allah się chyba nieźle wkurzył w tym roku, na to co dzieje się pod jego dachem, bo zsyłał nam ciągle zaczepne 10 węzłów…Uwierzcie, że to mocno frustrujące siedzieć w 40 stopniowym upale nad lagunami, gdzie nic nie wieje…

Punkt 2. Przyjaźni ludzie. Tutaj mogłabym rozwinąć swoje skrzydła, ale nie chciałabym się zapędzać, aby nikogo nie urazić. Bardzo ogólnie więc zacznę, że przyjaźni ludzie w Egipcie raczej nie oferują bezinteresownej przyjaźni. Potrafią perfekcyjnie wczuć się w rolę powiernika, pomocnika, opiekuna rodziny czy po prostu kumpla od serca i udawać nawet 2 lata, aby później wsadzić ci nóż w plecy dla kilku dolców… okrutne, ale prawdziwe. Poza tym przyjaźni ludzie zajęci są teraz dokonywaniem rewolucji w kraju. Teraz, pół roku temu, rok temu i tak od stycznia 2011 nie myśląc o konsekwencjach, szczególnie w turystyce, no ale to chyba akurat nikogo nie dziwi, przecież bezmyślność jest im tak bardzo bliska ( dla wtajemniczonych beŻmyślność). W Egipcie nie uda ci się zamówić nawet zwykłej kawy, żeby kelner się nie pomylił, a co dopiero załatwić jakiejś „ważniejszej” sprawy. Po 2 dniowym pobycie w Kairze, musiałam wziąć urlop od urlopu, żeby uspokoić wszystkie swoje postrzępione neurony i długo nie mogłam uwierzyć, że to co tam się dzieję, dzieje się na prawdę.

W czerwcu tego roku byliśmy jedynymi turystami pod piramidami w Kairze. I cieszyłby mnie ta możliwość spokojnego oglądania zabytków, gdyby nie fakt, że już po drodze zostaliśmy zaatakowani, przez ulicznych łapaczy, którzy rzucali nam się pod kółka, krzycząc, że nie wolno nam dalej jechać, bo to zabronione! Łapacze agresywnie zatrzymują turystów i zmuszają ich do przejażdżki ich własną taksówką. Zaliczyliśmy więc slalom miedzy ludzki, żeby później pod piramidą zostać otoczonym przez lokalnych wyciągaczy kasy, którzy mimo grzecznych próśb o święty spokój, nie dość, że zaczepiali to jeszcze chodzili krok w krok za nami, ja w lewo, on w lewo, ja w prawo, on w prawo, ja do tyłu on też! Nawet zwykłe „EMSCHI…..!!!” nie pomogło…

Nie mówię już o próbie zaczerpnięcia szczypty kultury i chęci pójścia do kina w Hurghadzie,  kiedy to kasjer Mohamed zaatakowany przez klientów chcących kupić bilety do kina wołał na pomoc Ahmeda, a on z kolei Mohameda 2-giego, który po 20 minutach prób kupienia biletów na film JAKIKOLWIEK oznajmił nam z uśmiechem na ustach, że kino jest zamknięte z powodu zepsutej klimatyzacji (45 stopni Celcjusza). I tak w koło macieju…nawet idąc do sklepu po mleko, straciłam nadzieję, że misja się powiedzie, a ja nie wrócę poirytowana do domu…

Do tego kierowcy jeżdżący autostradą w nocy bez świateł, pracownik stacji benzynowej lejący paliwo z petem nad zbiornikiem, mechanik zamieniający uparcie zepsutą część twojego motocykla na tą samą zepsutą część, no ale wymienił przecież to motor jak nowy! Don’t worry my friend – czyli mam cię totalnie w dupie, mówione z uśmiechem na ustach – doprowadzało do furii.

Nawet Rekord Guinnessa, do którego przygotowywaliśmy się od pół roku nie został zrealizowany przez niedbalstwo i ignorancje jednego z reprezentantów El Gouny (głównego sponsora), ponieważ olał i nie załatwił prostego, zwykłego dokumentu – pozwolenia od wojska… i jak tu nie zwariować?

Ciężko jest żyć i pracować w kraju, w którym wiecznie rzucają ci kłody pod nogi, a uniwersalnym wytłumaczeniem na wszystko jest stwierdzenie: „This is Egypt my friend”, co w podtekście oznacza „mamy przyzwolenie na nie myślenie”.

El Gouna zawsze wydawała mi się tą enklawą, której prawdziwe egipskie życie nie dotyczy, bo przecież nie ma syfu, nie śmierdzi, jest ładnie, kulturalnie, europejsko… jednak ta niebiańska wyspa ściągnęła na swoją ziemię trochę za dużo toksycznych ludzi… Ludzi, którzy nie radząc sobie w swoim mieście, gdzie nie potrafili wiele osiągnąć, przyjechali na zagraniczną wieś, gdzie dla garstki innych ludzi zaczęli być kimś. Niestety, tak jak każda wieś, El Gouna żywi się plotkami. Ludzie żyją życiem innych, bo własnego nie mają. Na każdym rogu czai się zawiść i plątają intrygi, aby tylko komuś nogę podstawić… Z miejsca przepełnionego kompleksami, prawdziwi ludzie uciekają czym prędzej, aby tylko nie stać się takimi jak reszta…

Przykro stwierdzić, że póki co mało dobrych wspomnień zostało mi z tego miejsca, oprócz jednego, mojej wielkiej miłości:)

Mam nadzieję, że nikogo tym tekstem nie uraziłam, wiadomym jest, że mówię o większości, jaką reprezentuje ten kraj i mogłabym tak mówić jeszcze bardzo długo roztaczając opowieści i pokazując przykłady bezmyślności, ale tym postem chciałabym zamknąć ten kolejny rozdział i skupić się tylko i wyłącznie na nowym tchnieniu, dobrych emocjach i inspiracjach, z których powstaje nasze nowe baby – SUEÑO Surf! Ale o tym wkrótce, a póki co zachęcam do polubienia naszej strony:

https://www.facebook.com/SuenoSurf

Pozdrowienia z pięknej i cywilizowanej Warszawy:)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s