World Guinness Record od kuchni:)

Nie sposób ominąć ten temat na moim blogu gdyż projekt Guinnessa zajmuje istotne miejsce w naszym życiu od dobrych paru miesięcy. W skrócie mówiąc Maciej postanowił pobić rekord Guinnessa oczywiście na kitesurfingu. Kategoria, której się podjął brzmi: „The longest kitesurfing journey”, a odległość do pokonania to 400km w linii prostej (w praktyce więc będzie to grubo ponad 500).

Wydawałoby się, że to jednorazowa akcja, wskoczy na deskę i popłynie, co to za wyczyn? Nic bardziej błędnego….przygotowania trwają od pół roku i totalnie zmieniły tryb naszego życia, na lepsze oczywiście! Przede wszystkim dieta i zdrowa żywność (od razu wskazówka na wadze spadła o kilka kg w dół). Poza tym abstynencja! Maciej nie pije alkoholu w ogóle od pół roku, a ja mu towarzyszę przełamując co jakiś czas tą rutynę jednym drinkiem, który i tak już mi nie smakuje. Nie umiem już pić, ale myślę, że powrót do Polski szybko mnie uleczy:) No i przede wszystkim trening, codziennie chodzimy na basen, do tego siłownia i oczywiście kite. Maciek robi 100 kilometrowe downwindy, a ja asystuje mu z autostrady jadąc samochodem:) Osobiście jestem dumna z systematyki jaką wprowadziliśmy w nasz codzienny tryb życia, nigdy nie byłam w lepszej formie!

Projekt bicia rekordu Guinnessa oczywiście potrzebował wsparcia sponsorów, gdyż, samo wynajęcie łodzi asekuracyjnej to ogromny koszt. Dla przybliżenia, cała akcja ma być w każdym calu bezpieczna, Maciek będzie płynął wzdłuż brzegu (w miarę możliwości) a łódź będzie cały czas w pobliżu. Zaczynamy za Suezem a kończymy za Safagą. Na łodzi będą świadkowie sporządzający raport przez cały czas trwania podróży, gdyż tego wymaga organizacja Guinnessa dla potwierdzenia rekordu. Dodatkowo cała akcja będzie filmowana non stop z kamer CamOne umieszczonych na kajcie i barze (dokumentacja video jest niezbędnym dowodem).

Przebrnięcie przez dokumentację, wymogi i regulaminy Guinnessa nie było łatwe. Mam wrażenie, że urzędowy język jakim pisane są te wszystkie regulacje, specjalnie jest tak zawiły, tworząc niejednokrotnie zdania zaprzeczające same sobie i komplikujące warunki pobicia rekordu jeszcze bardziej. Po przeczytaniu stosu tych papierów człowiek już nic nie wie i ma ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Ale mimo wszystko determinacji nam nie zabrakło i teraz to już z górki:)

Praca nad zyskaniem sponsorów i partnerów zajęła nam kilka miesięcy i pochłonęła masę nerwów, ale udało się! El Gouna została głównym sponsorem, wspierają nas również Redbull i Albawaba. Poza tym partnerami akcji zostały firmy Nobile, CamOne, RedSeaZone a medialnie wspiera nas Wprost, kiteforum.com oraz Albawaba.

Osobiście najbardziej martwi mnie 100 kilometrowy kawałek trasy na południe od Zafarany, gdzie z powodu przewężenia akwenu wiatr się wzmaga i mocno kręci, tworzą się spore fale, od 3 do 8metrów, które co gorsze są nieregularne i rozbijają się jedno o drugą. Każdy doświadczony lew morski przestrzega przed tym odcinkiem, a łodzie nie raz muszą czekać kilka dni, aż morze uspokoi się w tym rejonie, żeby móc przepłynąć dalej….

Akcja rozpoczyna się za kilka dni, więc robi się gorąco…obserwujemy pogodę, koordynujemy przygotowanie łodzi i staramy się uspokoić. Z tym ostatnim jest problem, gdyż najgorsze co można w tym wypadku zrobić to się stresować. Stres odbiera energię i sen, który przed rekordem jest Maćkowi tak bardzo potrzebny. Może macie jakieś rady, jak naturalnie się wychillować?:) Teraz uratuje nas tylko spokój:)

Próbę bicia rekordu Guinnessa będziecie mogli obserwować na żywo na wprost.pl

Video relacja na stronie wprost i FB https://www.facebook.com/photo.php?v=449162648435842

Akcje możecie wspierać na FB https://www.facebook.com/events/347247788653220/

Trzymajcie kciuki za dobre wiatry!

Reklamy

El Gouna – Hamata

Powodem dość długiej przerwy w pisaniu była intensywna i kreatywna praca, której efekty już wkrótce, no a poza tym zasiedzenie w El Gounie, bo o czym tu pisać, jak każdy dzień wygląda tak samo? Stwierdziłam, że po półtora roku mieszkania w Egipcie, wstydem by było nie zobaczyć nic więcej, poza „własny podwórkiem”. Szczerze mówiąc nie wiele straciłam, no ale o tym zaraz. Wybraliśmy się więc na wycieczkę do Hamaty, tak popularnego ostatnio spotu, oddalonego od El Gouny o całe 400km. Samochód zapakowany po dach, deska surfowa wystająca przez okno, aparat w pogotowiu i w drogę. Nie śpieszyliśmy odwiedzając po drodze Soma Bay, Safagę, Marsa Alam, aż w końcu dotarliśmy do celu.

Soma Bay jest fajnym spotem, duże laguny i bliskość dobrych hoteli to wielki plus. Jednak atmosfera niemieckich baz (bo tylko takie tam znajdziecie) odstrasza ludzi. Pracownicy i o dziwo klienci chodzący na baczność, sygnał dźwiękowy niczym z wojska oznaczający zakończenie pływania i zakaz wszystkiego, czyli prawdziwy „Ordnung muss sein”. Szybko stamtąd uciekliśmy odwiedzając po drodze znajomych w Safadze.

Safaga zwana Syfagą świeci pustkami. Bazy wyposażone w dziesiątki desek i żagli windsurfingowych podumierają. Aż żal patrzeć…windsurferzy, gdzie jesteście??

Następnym miasteczkiem, przez które przejeżdżaliśmy było Al Qoseir. Jeśli można zobaczyć coś pięknego w egipskich miasteczkach nadmorskich pełnych śmieci, brudu i biednych ludzi, to musze powiedzieć, że Al Qoseir był na swój sposób wyjątkowy….może to za sprawą włoskiego nuty, którą czuć było na każdym kroku. Do tego miasta Rosjanie czy Polacy nie dojeżdżają, pobliskość lotniska Marsa Alam sprawia, że miasteczka te są przesiąknięte Włochami. Ludzie jacyś tacy, jakby bardziej uśmiechnięci, mniej natarczywi, jakoś tak inaczej, lepiej…

Na koniec dnia cudem udało nam się znaleźć tani motelik w Marsa Alam, żeby przenocować i odpocząć. Cena 10$ adekwatna była do standardu. Jednak za łatwe to było na Egipt. Panowie zażądali pokazania aktu ślubu, aby dać nam jeden pokój. Pół godziny tłumaczenia i straconych nerwów, żeby przespać się w obskurnym motelu razem z naszymi przyjaciółmi, karaluchami….Marsa Alam to w zasadzie jedna główna ulica, gdzie z trudem można znaleźć jakąś knajpe. Tzn, jest, fantastyczna restauaracja z bogatym menu, tylko jedzenia nie ma….

Zbliżając się do Hamaty przekroczyliśmy tablicę z napisem „Wadi El Gamal National Park”. Warto było się zatrzymać bo widok bezcenny…w miejscu, gdzie zaczynał się egipski park narodowy, było też …największe skupisko śmieci….

Wreszcie w Hamacie! Spot zrobił na nas ogromne wrażenie! Niesamowicie wielka przestrzeń, płaska laguna i zero kamyków czy muszli. Do tego ten prosty krajobraz przyozdabiają słynne już drzewa Mangrove rosnące w wodzie i otoczenie wysp. Spora baza, z dobrą atmosferą, przyjaznym staffem, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce. Wszystko super, tylko co, jak nie wieje?

Silny wiatr utrzymywał się mniej więcej do południa, później stopniowo gasł, pływanie kończyło się więc dosyć wcześnie.

W Hamacie oprócz spotu, są jeszcze trzy hotele, chatki lepione z gówna i tektury, wędrujące wielbłądy i kawał pustyni. Dalej jest check point, przez który nikomu nie wolno już przejeżdżać. A dalej nie ma już nic. Warto też dodać, że różnica temperatur między El Gouną a Hamatą, jest znaczna. Co najmniej kilka stopni więcej.

Zostaliśmy bardzo mile ugoszczeni w hotelu The Wadi Lahmy Azur Resort****. Muszę powiedzieć, że wysoki standard i przemiła obsługa totalnie nas zaskoczyły. Dostaliśmy fantastyczny pokój z widokiem na morze w bardzo preferencyjnej cenie. Z przyjemnością mogę polecić ten hotel. Poza tym co godzinę organizowane są transfery na spot do Kite Village, który oddalony jest o kilka kilometrów od hotelu.

W Hamacie spędziliśmy kilka bardzo fajnych dni, ale to w zupełności wystarczyło…