Phu Quy Island

W drugim tygodniu Mui Ne nie rozpieszczało nas prognozą, więc wyruszyliśmy w pogoń za wiatrem. Celem była wyspa Phu Quy, gdzie lokalesi dają gwarancję wichury. Gwarancja przydałaby się na piśmie, bo transport na wyspę okazał się niezapomnianą „podróżą życia”… Prom do przewozu żywności, sprzętów, zwierząt i ludzi płynął około 7h odcinek 75km…wypchany był po brzegi wszystkim co sie da, włącznie z konającymi świniami i leżącymi kaczkami u stóp ludzi. A ludzie leżący pod pokładem, jeden obok drugiego, praktycznie na sobie w koszmarnym smrodzie, przypominali prawdziwy Oświęcim. My znaleźliśmy sobie metr kwadratowy miejsca na górze, na powietrzu, obłożeni pudłami próbowaliśmy przetrwać ten piękny walentynkowy dzień siedząc na quiverach. Dopłyneliśmy pod wieczór na wyspę, gdzie czas się zatrzymał a biały człowiek pierwszy raz stanął na niej dopiero kilka lat temu. Udało się zjeść noodle w jednym barze w okolicy, gdzie babcia gotowała za kotarką, roiło się od much, a dziecko spało na pryczy obok stołów. Szczęśliwa, że w końcu mogę wziąć prysznic i położyć się do łóżka, przeżyłam nie małe rozczarowanie, bo pokoje mocno odbiegały od minimalnego standardu. Kolejną niespodzianką był prąd, który nagle o godzinie 23:30 został wyłączony…na całej wyspie. Pierwsza myśl – siadła elektryczność, ale nie, tak jest tam codziennie, bez wyjątków. Dzień kończy się o 23, za to zaczyna się wraz ze wschodem słońca.

Rano wyruszyliśmy skuterami na spot. Zawsze z niedowierzaniem patrzyłam na Azjatów czy Arabów przewożących na małych motorkach pół swojego dobytku. Tym razem na własnej skórze miałam okazję przekonać się, jak to jest. Zapakowaliśmy się w dwie osoby, z deską surfingową i twin tip, dwoma kite’ami, plecakami, aparatami i całą resztą na jeden skuter. Nie było wyjścia, to jedyna opcja transportu na wyspie.

Spot był bardzo przyjemny, nawet płaska woda, szeroka laguna, otoczona z daleka rafą, za którą rozbijały się fale. Niestety nie wiało, ani węzełka…pojechaliśmy więc eksplorować wyspę.

Fajnie było zobaczyć kawałek prawdziwego Wietnamu. Okazało się, że dla miejscowych ludzi, to my jesteśmy największą atrakcją. Wszyscy nam machali, wychodzili na ulice, dzieci biegały za motorem. Wszyscy uśmiechnięci, pozytywni, otwarci. Chcieli nawiązać kontakt, my też, niestety możliwe to było tylko na migi. Nawet zamówienie jedzenia okazuje się być tam nie lada problemem. Przypadkowo trafiliśmy na lokalne przyjęcie zaręczynowe i już u progu zostaliśmy wciągnięci do środka upojeni i nakarmieni. Wszyscy cieszyli się, że jesteśmy i nie chcieli nas wypuścić, było wietnamskie karaoke i kupa śmiechu:)

Komunizm czuć w tym miejscu, na każdym kroku. Propagandowe plakaty i flagi rozwieszone na co drugim domu, nie dały zapomnieć o tym, gdzie jesteśmy. Nie wiem, z czego ci ludzie żyją, wyspa jest maleńka, są sklepiki z kilkoma produktami w szopach, albo na ulicy, nie ma restauracji, może kilka lokalnych barów, jak ten u babci za kotarą. Jest za to dużo szkół i dużo dzieci, na przyrost naturalny władze nie mogą narzekać:) Mimo ogromnej biedy, na swój sposób ludzie tam są szczęśliwi,pewnie nie wiedzą, jak może być, gdzie indziej…

Dobrze było to zobaczyć, ale jeden dzień w zupełności wystarczył. Smród i bród wygonił mnie  z wyspy w tempie ekspresowym. Na szczęście następnego dnia rano odpływał prom, o jeden dzień wcześniej niż myśleliśmy. Prom na wyspie to jedna wielka niewiadoma, zdarza się, że z powodu złej pogody i silnego wiatru można utknąć na wyspie na kolejnych kilka dni. I tak właśnie stało się z drugą połową naszej ekipy, która chciała zostać jeden dzień dłużej, a została cały tydzień…

Z przyjemnością wróciłam do wietnamskiego Władysławowa i stwierdziłam, że nasz pokoik za 15 dolców jest istnym pałacem:)

Reklamy

Mui Ne, Vietnam

Wioska rybacka przerobiona na kurort turystyczny. Gdyby nie palmy i tropikalny klimat powiedziałabym, że przyjechaliśmy do Władysławowa:) Przez całe miasteczko ciągnie się jedna ulica, a wzdłuż niej knajpy, bary, sklepy, stragany uliczne i hotele. Całkiem przyjemne to jest miejsce na wakacje, do życia już nie do końca. Zaskoczeniem dla nas było, to jakim problemem okazała się komunikacja z lokalesami. Otóż w znanym kurorcie turystycznym 9 na 10 osób nie mówi po angielsku, a zamówienie śniadania rośnie do rangi nie lada wyczynu. Po rosyjsku natomiast mówią nawet babcie sprzedające owoce na ulicy, a szyldy i menu w restauracjach jest praktycznie wszędzie w tym, że języku. Mogę śmiało powiedzieć, że liczba Rosjan w Mui Ne dochodzi do liczby Wietnamczyków, co jest lekko przerażające…szczególnie, że typ Rosjanina na wakacjach w Mui Ne to łysy ze złotym kajdanem w bokserce, z brzuchem, który pewnie nie raz służy za stolik pod browar i białymi skarpetkami w sandałach…w tym momencie dziękuję losowi, że nie urodziłam się za naszą wschodnią granicą…

To co niewątpliwie przyciąga co roku ludzi do Mui Ne, to ceny, wspaniałe jedzenie i wiatr. Mimo, że co kilka dni wymienialiśmy pieniądze na miliony miejscowych dongów, to po przeliczeniu z niedowierzaniem patrzyliśmy na cudownie niskie ceny. Czysta przyjemność wydawania ogarnia człowieka, kiedy okazuje się, że wypasiony obiad złożony z co najmniej dwóch dań z sea foodem można zjeść za mniej niż 5$. Mieszkanie może kosztować nie wiele więcej bo już 15$ za dobę.

Wiatru na ogół w Mui Ne nie brakuje, my jednak mieliśmy troszkę mniej szczęścia, bo na 2 tyg pobytu przypadł nam tydzień wiatru, podczas którego moja 9 spokojnie dała radę. Na plaży, jak na marszałkowskiej, roi się od szkółek kite’owych, spacerujących turystów i rybaków zarzucających wędki prosto z plaży, czasem więc trzeba wykazać się zdolnościami akrobatycznymi, żeby pokonać wszystkie przeszkody i spokojnie sobie popływaćJ Przybój jest dość duży i z końcem dnia mocno wzrasta, ale spokojnie do przejścia. Dalej już tylko czop i trochę sieci w pakiecie. Ogólnie rzecz biorąc spot marzeniem nie jest, ale nie szkodzi, i tak było fajnie:)

W sezonie w Mui Ne jest jak na Helu, idąc ulicą nie sposób nie spotkać znajomych kajciarzy. Podczas naszego pobytu odbyły się zawody KTA, w których Marek Rowiński zdobył drugie miejsce we freestylu.

Najbardziej będzie mi brakowało świeżych owoców przynoszonych w koszach codziennie na plażę przez lokalne kobiecinki na barkach, kokosów prosto z drzewa i soczystych ananasów. Dieta na lekkiej, wietnamskiej kuchni była fantastyczną odmianą, ale nawet noodle soup z krewetkami i świeżą trawą może się w końcu znudzić.

Życie na miejscu, do ciężkich nie należy, spokojnie można jechać w ciemno, bo załatwienie zakwaterowania czy transportu to bułka z masłem, a lokalni ludzie chętnie pomogą, jak tylko uda się z nimi dogadać:)

Meksyk – praktycznie i turystycznie

Tym razem krótko i rzeczowo, kilka najpotrzebniejszych informacji dla tych, co w planach mają wizytę w Meksyku.

Transport

Jest kilka opcji, ja wybrałam AirFrance i myślę, że wybór był dobry. To też odpowiednia opcja dla tych, co nie mają wizy US. Okazuje się, że nawet mając lot łączony i nie opuszczając lotniska w Stanach, bez wizy można zostać zatrzymanym. Niby bzdura, a jednak nie da rady. Dlatego też lot przez Paryż i Mexico City jest dobrym rozwiązaniem. Dwie przesiadki, Warszawa-Paryż-Mexico City- La Paz, łącznie ponad 20h, dramatycznie długo? A jednak było to jedno z najszybszych połączeń na płw kalifornijski. Poza tym serwis w samolocie Air France mile zaskoczył, bardzo dobre jedzenie, serwowane praktycznie non stop i wbudowane w fotel telewizorki z biblioteką multimedialną umiliły lot. Powrót samolotem AeroMexico o podobnym standardzie, ale jedzenie dużo gorsze. Za to samolot był do połowy pusty, można więc było rozłożyć się spokojnie na trzech siedzeniach.

Bagaż

To co interesuje każdego kitesurfera, czyli bagaż. Air France za bagaż sportowy liczy 100EUR, a nawet za 1kg nadbagażu kolejne 100. Chyba, że jest to golf, wtedy torba podróżuje za free. I tak też się stało, ku mojej uciesze, kite, decha i mnóstwo innych gadżetów w golfowym quiverze poleciało z Polski do Meksyku i z powrotem zupełnie za darmo. W drodze powrotnej z La Paz Pan w check in, nie wyglądał na takiego, który ma blade pojęcie o opłatach dodatkowych, wziął więc moje dwie torby bez mrugnięcia okiem, nie patrząc na wagę i nadał bezpośrednio do Polski. Upewniłam się z niedowierzaniem, czy faktycznie dolecą do Warszawy (dwie przesiadki, to w końcu nie mały labirynt do pokonania dla takiej torby), ale Pan z uśmiechem na ustach zapewnił mnie, że nie mam się czym martwić. A więc się nie martwiłam, do czasu…kiedy wchodząc do samolotu w Paryżu, zobaczyłam przez okno „rękawa“ swoje walizki leżące jako jedyne na wózku przy samolocie… dolecą, nie dolecą? Nie doleciały. Na szczęście skończyło się bez dramatu, odnalezione w Paryży przyleciały następnego dnia. W końcu nie może być za dobrze:)

Kasa

W Meksyku obowiązują pesosy, w przeliczeniu na złotówki najlepiej dzielić na 4, czyli 100 pesos to 25 zł. Ani tam tanio, ani drogo, tak normalnie. Piękne mieszkanie, dwu pokojowe 550$/ms. Kawa w kawiarni 20 pesos. Obiad w knajpie 80-150 pesos, margarita w beach barze 60 pesos.

 Formalności

Wizę do Meksyku dostajemy na lotnisku, zazwyczaj bez problemu, nawet do 6ms. Żeby przedłużyć, należy przekroczyć granicę. Wiza pracownicza to również nie problem, ale trochę formalności i pieniędzy. Złożenie wniosku kosztuje około 150$, trzeba jechać do La Paz, postać trochę w kolejce i poczekać dwa tygodnie. Niezbędna jest deklaracja pracodawcy, o wizę trzeba starać się więc po otrzymaniu pracy. Kontrole zdarzają się często, a kary są spore, więc właściciele nawet najmniejszych szkółek dbają o to, żeby wszystko było legalnie.

Szkółki

W Los Barriles Exotic Kite, w La Ventana Kite Masters

Wiatr

W Baja California wiać zaczyna w listopadzie a przestaje w marcu, ale najlepsze miesiące to grudzień i styczeń. Temperatura jest raczej na długą piankę. Upały zaczynają się w marcu, wraz z koncem wiatru.

Piszę ten post wspominając Meksyk z pokładu samolotu Aeroflot, lecącego do Sajgonu. Jestem więc w drodzę na drugi koniec świata:) Lecę odwiedzić kolejny kite’owy spot – Mui Ne, gdzie w zimie koczuje spora ekipa rodaków będzie więc wesoło:) See you all there!