Adios Mexico!

Meksykańskie powietrze zadziałało, jak lekarstwo na wszelkie troski. Wystarczyły dwa miesiące i czuje się, jak nowonarodzona. Czasem warto wybrać się na koniec świata, żeby po prostu poczuć się lepiej. Żałuje tylko, że nie było mi dane zobaczyć reszty Meksyku, który jest chyba najbardziej zróżnicowanym krajem, jaki znam. Każda jego część to inny krajobraz, inni ludzie i ich dialekty, a nawet kultura i sztuka. Muszę powiedzieć, że stety i niestety osobiście zażyłam najwięcej tego „amerykańskiego“ Meksyku, bezpiecznego i spokojnego, ale to wystarczy, żeby wysnuć kilka słów na podsumowanie.

Ludzie.

Nigdzie, nie spotkałam tak sympatycznych i bezinteresownych ludzi, którzy starają Ci się pomóc w każdej sytuacji. Przypominając sobie moje pierwsze dni w Baja, mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie lokalni mieszkańcy, byłoby mi dużo trudniej znaleźć mieszkanie, ogarnąć formalności i zadomowić się. Pamiętam, jak nieufna byłam do każdej osoby okazującej mi zainteresowanie i troskę. Po tych 2 miesiącach chyba coś się we mnie zmieniło pod tym względem…mam nadzieję, że nie obruci się to przeciwko mnie, w moim, rodzinnym kraju:)

Autostop.

W Los Barriles nie ma taksówek, nie ma też tok toków i innych tego typu środków transportu. Każdy ma swój samochód lub quad. A jak nie ma to chodzi. Ja nie miałam, więc chodziłam. Codziennie przemierzone kilometry wzdłuż miasta i plaży, nieźle mnie wytrenowały. Jednak jak mogłam, łapałam „okazję“ i tutaj muszę powiedzieć, że nigdy tak często nie jeździłam „stopem“, jak w Meksyku, dlatego, że wystarczyło jedno machnięcie ręką i każdy samochód się zatrzymywał. I żeby było jasne, nie dlatego, że jestem dziewczyną, ponieważ próby mojego współlokatora przynosiły te same efekty, a dlatego, że (patrz akapit wyżej) dla tych ludzi jest to po prostu normalne, pomóc drugiej osobie. Niebywałe, a jednak. Dlatego stopem jeździłam nawet dwa razy dziennie.

Psy.

To czego nigdy nie zrozumiem i nie zaakceptuje, to jak meksykańczycy traktują zwierzęta. Moje miękkie na psi wzrok i merdanie ogonem serce, musiało się mocno uodpornić na codzienne widoki w Los Barriles. Błąkających się po mieście psów są dziesiątki. Prawie wszystkie mają obroże, prawie wszystkie należą do jakiegoś gospodarstwa, ale wszystkie są też brudne, zaniedbane, schorowane, zagłodzone i smutne. Meksykańczycy w jakiś sposób trzymają te psy na swoich gospodarstwach, a wierne psy trzymają się ich, ale patrząc po ich zapłakanym stanie i zapadniętych brzuszkach, śmiem twierdzić, że właściciele chyba wychodzą z założenia, że są to zwierzęta samowystarczalne i żywią się energią słoneczną… Nie mogłam spokojnie patrzeć, na te wystające żeberka i smutne oczy. Podkarmiałam psy. Od czasu do czasu kupowałam im suchą karmę i przechadzałam się „psią aleją“, żeby każdy coś dostał. Najpierw atakują, są nieufne, boją się ludzi. Jednak wystarczy chwila by udowodnić im dobre zamiary i szybko, lecz z niedowierzaniem patrząc, zostają twoim przyjacielem. Widać, że nie są przyzwyczajone, do tego, żeby człowiek je głaskał, karmił i okazywał uczucia. Kiedy to robiłam, mieszkańcy gospod wychodzili na ulice i patrzyli się na mnie jak na kosmitkę, a policjant przeganiał psy. Musiałam protestować i tłumaczyć mu co robię, w końcu odpuścił…a ja chciałam pomóc, chociaż przez chwilę. Chyba nigdy nie pogodzę się, z tym, jak ludzie krzywdzą zwierzęta, szczególnie psy, naszych najwierniejszych przyjaciół.

Fale

Po czasie śmiało stwierdzam, że fale są super! Przyzwyczaiłam się i nauczyłam, pływać na nich tak samo dobrze, jak pływałam po płaskiej wodzie. Dla tych co nie próbowali, szczerze polecam, jest fun! Szczególnie, jak wokół Ciebie skaczą manty, ławice latających ryb, pelikany polują, a w głębinach pływają delfiny, orki i wieloryby, które od czasu do czasu dają o sobie znać:)

Aha, przybój też nie przeszkadza, stał się dodatkową atrakcją i trampoliną do mega skoków!:)

A poza tym, najpiękniejsze wschody i zachody słońca, od purpurowych chmur po krwiste lawiny na niebie, ogniska i tańce na plaży no i zabójcza margarita! A wszystko to nie było by takie samo, bez mojej polsko-meksykańskiej ekipy, E&B, już za Wami tęsknie!

Ostatniego dnia pożegnały mnie wieloryby puszczając fontanny i machając ogonami, gdzieś na horyzoncie.

Jak to zwykł mówić mój Tata , „Idź przez życie śmiało i miej tęgą minę, łap szczęście za ogon i duś jak cytrynę”, no to złapałam i mogę spokojnie wrócić do domu….żeby niedługo ruszyć w dalszą podróż:)

Hasta Luego!

P.S. Twórcę Skype’a chętnie osobiście ucałowałabym w stopy, ułatwia mi życie każdego dnia!:)

Reklamy

„Lord of The Wind”

Wczoraj zakończyły się drugie międzynarodowe zawody kite i windsurfingowe w  Los Barriles. Zjechali się riderzy, media, oczywiście ogromna ekipa organizacyjna no i widownia. Nasza wioska ożyła! Muszę powiedzieć, że medialnie event ograny był na prawdę dobrze, zawody były filmowane przez Discovery i Travel Channel a wszystko można było oglądać na żywo na stronie epicsession.tv. Gro sponsorów, także wzbudzało respekt. Wielki ukłon dla trzech chłopaków prowadzących imprezę, którzy pomimo codziennych, wyczerpujących:) imprez, nie przestali mówić i komentować eventu przez 5 dni, day&night!:) I to by było na tyle z plusów. Organizacyjnie, jeden wielki bałagan, brak informacji, brak planu i brak zawodów z freestylu, na które czekali wszyscy, włącznie oczywiście z zawodnikami. Freestyle, pomimo sprzyjającemu przez pierwsze trzy dni wiatrowi, nie odbył się z przyczyn nikomu niewiadomych. Był za to race i slalom i jeszcze raz slalom i race i znowu race i slalom i tak przez 5 dni:) Kitesurferzy ścigali się na zmianę z windsurferami. W tej pierwszej grupie królował Johnny Heineken, wnuczek TEGO właśnie Heinekena, natomiast niepoknanym zwycięzcą każdego wyścigu windsurfingowego, a także pojedynku kite vel wind, bijąc swoich konkurentów co najmniej o 1 minutę, był Tyson Poor.

Zawodom towarzyszyły codzienne imprezy, które tak na prawdę dalej trwają. Oj nie łatwo było przetrwać ten tydzień… Koncerty rockowe i reggae na plaży, ogniska, bikini contest (który okazał się najzabawniejszą atrakcją wieczoru), brazylijscy bębniarze i tańce, tańce i jeszcze raz tańce. Do tego wplątały się urodziny E. które postanowiliśmy świętować o północy kąpiąc się w morzu w blasku księżyca. To był najlepszy czas w Mexico, nie pamiętam kiedy ostatnio wylałam morze łez…ze śmiechu oczywiście:)

A teraz pora umierać…

Dziękuje, dobranoc!

P.S. Myślę, że w Lord of The Wind oprócz organizacji lekko kuleje też marketing…no ale plus za kreatywność bo powstała nowa dyscyplina…windsrufing:)

It’s all about wind

Wiatr od jakiś dwóch tygodni nie daje nam chwili wytchnienia. Wróciło też lato, przestałam więc marznąć i nosić wełnianą czapkę na plaży. Dziś zaliczyłam swoją najlepszą meksykańską sesję kite’ową. Przy stałym i mocnym wietrze, zdepowerowana na swojej 9, poczułam się w końcu za pan brat z falami i wszystko znowu zaczęło wychodzić tak jak powinno, oby jak najwięcej takich dni:) A może nawet polubie falę bardziej niż myślałam…:)

W szkoleniu także progress, moi studenci już pływają, a ja pokonując codziennie kilometry plażą i instruując ich przez walkie-talkie, stwierdziłam, że jeśli mogę uczyć tutaj, to już mogę wszędzie:) 2h pracy w Los Barriles to tak jak 4h pracy w Egipcie, do domu wracam więc totalnie wypompowana…

A już niedługo przez wszystkich oczekiwany show „Lord of the Wind”, czyli coroczne zawody kite i windsurfingowe, warsztaty freestylu oraz imprezy na plaży! od 12 stycznia nasze małe miasteczko zamieni się w surferskie Las Vegas! Będzie się działo!:))

http://www.lordofthewindbaja.com/

Zgodnie z zasadą, jaki Nowy Rok taki cały rok, 2012 będzie mega wietrzny, nie ważne gdzie, bo we always go follow the wind...:)