¡Feliz Navidad

Wigilia Bożego Narodzenia zapowiada się w Los Barriles…bardzo wietrznie, ale absolutnie mnie to nie interesuje, ponieważ zamierzamy z E. od rana przygotowywać świąteczną kolację. Pomimo naszych antytalentów kulinarnych postanowiłyśmy w tradycyjny sposób (na tyle, na ile to oczywiście będzie możliwe) spędzić ten wieczór. Na stole pojawić się ma: grzybowa (z pieczarek), sałatki, łosoś, ciasto (marchewkowe) no i oczywiście ryba na danie główne. Okazuje się, że w wiosce rybackiej (w której mieszkamy) kupienie ryby to nie lada zadanie…nikt z nas nie wiedział, że zamówienia na świeże ryby można składać tylko we wtorki…oczywiście termin przegapiliśmy;) W inne dni rybacy odmawiają współpracy..no cóż rybak ciężki zawód, więc się ceni…Trwa więc misja sprowadzania ryby z La Paz, oby zakończyła się sukcesem!

Nasza polska drużyna rośnie w siłę, w Wigilię przylatuje do nas z Gwatemali kolejna zawodniczka, więc będzie wesoło:) trochę amerykańskiego akcentu wprowadzi mój współlokator, Mr „You know” i może wpadnie też Holender…a może jednak pójdzie tańczyć salsę, bo jak dzisiaj stwierdził, w Wigilię to wszyscy idą na imprezę:)

Miasteczko do świąt przygotowane jest w sposób…wyjątkowy…wygląda jak jeden wielki festyn:) W każdym domostwie coś się świeci, u jednych choinka, u drugich kaktus, gdzie indziej z koleii plastikowy renifer, a za rogiem trzej królowie. Najczęściej jednak świeci się Matka Boska, ubrana w świąteczne lampki i grająca amerykańskie kolendy:) Jednego dnia na zakupach postanowiłyśmy wybrać najbardziej kiczowate ozdoby świąteczne, wybór był ciężki, ale najbardziej zachwycił mnie prawdziwy Ciastek ze Shreka, znaleziony wśród mikołajków i bombek!

90% Meksykanów to katolicy. Do tej pory jednak nie widziałam tu ani jednego kościoła. Za to ołtarzyki Matki Boskiej można zobaczyć na każdym kroku, nawet przy jedynym w mieście klubie nocnym dla Panów „Dancing Dolphin”:)

W zeszłym roku Egipt, teraz Meksyk…ehh…aż strach pomyśleć, gdzie wyląduję następnym razem:)

Wesołych Świąt!

Merry Christmas!

¡Feliz Navidad

Reklamy

Prawdziwa siła natury

Kolejny tydzień w Meksyku mija pod hasłem „total relax”, a jedyną niebezpieczną rzeczą w Los Barriles jest Margarita, ostrzegam bardzo zdradziecka, może wyprowadzić niejednego zawodnika w pole…:)

Wychowana na egipskich lagunach, musiałam zmierzyć się z prawdziwym żywiołem, skończyło się przedszkole, zaczęła się jazda na falach! Woda ma tutaj płaską taflę tylko jak nie wieje, a normalnie fale są dosyć spore. Wszystko też zależy od kierunku wiatru, w ostatnie dni przyszedł z północy i zmącił spokój w mieście. Aha no i jeszcze przybój, trzeba uważać, żeby nie zmieliło na samym początku! Ostatnie dni mocno wiało, od 20-30 knt, dużo osób pływało na 8, 7 a nawet 6, ale moja 9 jak zawsze dała radę:) Takie pływanie to jest jednak zupełnie co innego, pracuje każdy mięsień i wyssysa energię do ostatniej kropelki. Ogromnym plusem są tutaj piękne, szerokie plaże ze złotymi drobinkami oraz w miarę stały i przewidywalny wiatr. Zazwyczaj zaczyna wiać około 11.00 rano (idealnie, żeby się wyspać) i przestaje koło 17:00 (w sam raz, żeby się nie przemęczać) 🙂

Jednego dnia, w ramach odpoczynku wybraliśmy się do La Paz, miasta oddalonego o jakieś 2h jazdy stąd, żeby kite’ować po płaskiej wodzie. Zatoka w mieście z dwumetrową plażą przy samej drodze okazała się fantastycznym miejscem, a woda miała prawie płaską taflę, czyli taką jak w El Gounie przy wysokim pływie:) Szaleliśmy więc i ćwiczyliśmy tricki, a na plaży zbierała się spora publika gapiów, była nawet lokalna telewizja:)

Newsy z kategorii „różne”: prawie w ogóle nie ma komarów, za to są skorpiony. Biało-zielone, gryzą, ale nie uśmiercają. Mieliśmy przyjemność się już poznać, nie widziałam, że umiem tak szybko biegać… Poza tym do tej pory widziano już żółwia, który przechadzał się po plaży, lwa morskiego o imieniu Oscar (jest tutaj stałym bywalcem), polujące delfiny, skaczące manty wariatki, co robią potrójne salta w powietrzu, latające ryby a ostatnio wieczorem na plaże przywędrowały nawet dzikie krowy….ponoć pojawił się też Pan Rekin….A za nami pierwsze full moon party!

Full Moonphoto by Bart Binder

Hola Mexico!

Pierwszy tydzień w nowym miejscu jest najgorszy…obcy kraj, inny język, nowi ludzie i tęsknota gdzieś na końcu świata…potem może być już tylko lepiej.
Tydzień temu wylądowałam w La Ventana, spocie kitesurfingowym, gdzie w sklepie można kupić głównie chipsy, psią karmę i wodę a najbliższy bankomat jest oddalony o jakąś godzinę jazdy samochodem. Trochę mi to przypominało nasz uroczy Hel z przed 10 laty, który jest jednak o niebo lepszy, bo nie wspomniałam jeszcze, że La Ventana jest ulubionym ośrodkiem wypoczynkowym emerytów z US:)
Szybko więc zawinęłam się stamtąd i pojechałam dalej na południe. Człowiek jest jednak zwierzęciem stadnym i ja też zdaje się do nich należę, pojechałam więc do Los Barriles, gdzie aktualnie urzędują moi dobrzy znajomi z ojczystej ziemi. Okupują jedną z baz windsurfingowych i prowadzą ciężki żywot nad basenem pod palmami:)
Kilka dni biegania, stresu i szukania i o to stałam się tymczasową posiadaczką pięknego domu w Los Barriles. Mieszkanie jest urządzone w nowoczesnym, meksykańskim stylu. W salonie stoją ręcznie rzeźbione, drewniane meble, a w łazience położona jest glazura z tradycyjnymi, meksykańskimi wzorami, również ręcznie malowana. Do pełni szczęścia brakuje mi tu tylko obrazów Fridy Kahlo…
Kocham podróżować, ale zdecydowanie nie jestem hipiską, muszę mieć swoją bazę, gdzie mogę spokojnie się przespać, wykąpać i odciąć od świata, a jeśli baza jest do tego na tyle przyjemna, że mogę nazwać ją domem, to już w ogóle rewelacja. Tym razem tak właśnie jest:)
A co poza tym o samym Meksyku…do tej pory zadziwia mnie życzliwość mieszkających tu ludzi. Nie mówię tylko o Meksykanach, ale o Amerykanach, Kanadyjczykach i reszcie nacji, których jest tutaj większość. Wszyscy chcą ci pomóc, nawet jak widzą cię pierwszy raz na oczy…wszyscy witają się na ulicy, pozdrawiają, uśmiechają…to fantastyczne, ale do tej pory nie mogę się do tego przyzwyczaić. Jakbym w Polsce z szerokim uśmiechem na ustach machała do obcych na ulicy, to wzięli by mnie za wariatkę! Do tej pory, jak ktoś robi mi przysługę, to zastanawiam się co chce w zamian i gdzie jest haczyk. My, Polacy jesteśmy bardzo zamknięci i nie ufni ale to jest najlepsze miejsce, żeby to zmienić.
Życie płynie tu bardzo powoli, nikt się nie śpieszy, słońce budzi mnie każdego ranka, szumi morze a w nim tętni życie…w Los Barriles codziennie można zobaczyć różne, wodne stwory, a największe z nich to wieloryby! Przypływają tu co roku na okres zimowy i wylegują się w ciepłej wodzie. Wypatruje ich codziennie, bo zawsze chciałam zobaczyć wieloryba!:)
To miejsce jest dla mnie, jak swoiste sanatorium dla mojej skołatanej duszy, myślę, że po 4 miesiącach będę jak nowo narodzona:)