Na koniec świata…

Przyszedł czas znowu ruszyć w drogę i otworzyć nowy rozdział w moim życiu pod tytułem Mexico🙂 Jest 6 rano, czekam na samolot w Warszawie, czeka mnie długa podróż, po której z pewnością na widok samolotu będzie mi się robiło niedobrze….Warszawa -Paryż, Paryż-Mexico City, Mexico-La Paz, a stamtąd już tylko pół godziny samochodem i jestem w nowym domu…łącznie około 20h, pestka…
Otóż wybrałam sobie nowe miejsce na przezimowanie, La Ventana Baja na płw kalifornijskim, dokładnie na samym końcu świata… Jak będzie? Nie wiem, nigdy tam nie byłam…Czy warto? oczywiście, że warto, bo chociażbym miała wylądować w ciemnej dup… to każda podróż jest również podróżą w głąb siebie…Poza tym w mojej nowej wiosce jest ciepło i wieje, a to już mi wystarczy do szczęścia:)

Reklamy

Egypt – rewolucja

Nie mogłabym opisać pobytu w Egipcie omijając najważniejszy czas w ostatnim roku, czyli rewolucję. Skutki rewolucji egipska gospodarka odczuwa do dziś, a zawirowania polityczne i demonstracje na Tahrir Square trwają nadal, jednak dla nas paradoksalnie rewolucja była czasem wyjątkowym i mimo tego że ciężkim, wspominam go z uśmiechem na ustach. Najlepiej jednak będzie, jak przytoczę jeden z artykułow jaki pisałam na bieżąco podczas lutowych wydarzeń, myślę że najlepiej odda klimat tamtych dni…

Luty 2011
NIE TAKA WOJNA STRASZNA…
Do Egiptu przeprowadziłam się kilka miesięcy temu. Jechałam do kite’owego raju, gdzie słońce świeci 365 dni w roku i wieje wiatr…I tak też było… do czasu…
Początkowe strajki i demonstracje w Kairze nie wydawało się być niczym specjalnym dopóki sfrustrowani ludzie nie poczuli, że razem mogą więcej i wyszli na ulice…
Dla nas, kitesurferów mieszkających w prywatnym mieście El Gounie nad morzem czerwonym cała ta sytuacja wydawała się lekką abstrakcją i pisząc teraz ten artykuł dalej tak czuje, ponieważ bezpośrednio nas to nie dotknęło. Pamiętam, że momentem przełomowym było wyłączenie Internetu w całym kraju. Żyjemy w El Gounie jak w takiej enklawie, a głównym łącznikiem ze światem zewnętrznym jest dla nas właśnie Internet. Początkowo gdy go zabrakło, poczułam się lekko zdezorientowana…”jak to nie ma Internetu? Przecież Internet jest zawsze i wszędzie!” To dziwne uczucie być odciętym od świata, ale już po dwóch dniach okazało się, że tak jest nawet lepiej…Nagle ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, spotykać się, wychodzić z domów i cały ten czas, który normalnie spędzaliśmy przed komputerem zaczęliśmy poświęcać sobie nawzajem. Może to zabrzmi dziwnie, ale paradoksalnie był to najlepszy czas, od początku mojego pobytu w Egipcie:) Okazuje się, że ludzie lubią i potrzebują się jednoczyć, szczególnie w ważnych sprawach a Internet zamiast łączyć, po prostu nas od siebie oddala bo świat wirtualny staje się ważniejszy od realnego, a ze znajomymi rozmawiamy głównie przez Facebooka…Tak więc przez następny tydzień, pływaliśmy na kajcie (bo stan wojenny przyniósł nam dużo wiatru:)), a wieczorami spotykaliśmy się i sącząc pozostałości żołądkowej gorzkiej z importu rozmawialiśmy o tym co jest i co będzie…
O całej sytuacji w Egipcie, która rozwijała się z dnia na dzień dowiadywaliśmy się z telewizji i od naszych znajomych mieszkających w Kairze i innych miastach Egiptu. Z dnia na dzień zastanawialiśmy się co dalej, zostać czy uciekać, zamykać bazę czy pracować tak jakby nic się nie działo…jednego dnia podczas narady wojennej:) przeszedł nam nawet przez głowę pomysł ewakuacji łodzią naszego znajomego, która stała w porcie już na „stand by’u”, ale szybko nam to przeszło:)
 
Stan wojenny w kraju to nie koniec świata, tym bardziej, że my Polacy mamy to już za sobą i zmilitaryzowany kraj nie robi na nas tak dużego wrażenia…Przeżyliśmy stan wojenny w Polsce to przeżyjemy i w Egipcie:) Zagraniczne media szukając sensacji nadmuchały i wyolbrzymiły całą sprawę do rangi totalnej rzezi robiąc temu krajowi, który utrzymuje się głównie z turystyki, straszną krzywdę, a my musieliśmy uspokajać nasze rodziny mówiąc im codziennie, że tu w El Gounie nic się nie zmieniło i jest bezpiecznie. Cały ten stan wojenny w naszym mieście mogliśmy odczuć jedynie poprzez brak Internetu, zamknięte banki, ograniczone ilości benzyny i nie dochodzące smsy.  Poza tym żyjemy tak jak wcześniej, a może nawet lepiej bo mam wrażenie, że przyzwyczajenie do braku dostępu do sieci, zmieniło coś w naszym podejściu do spraw ważnych i ważniejszych…
Kiedy wrócił Internet a sytuacja w Kairze zaczęła się uspokajać a nasi bliscy przestali w końcu panikować. Niestety miasto opustoszało, a ostatni klienci i znajomi zostali zmuszeni do powrotu do domu. Jednak w każdej sytuacji trzeba szukać plusów, np. mieliśmy całą lagunę do kite’owania dla siebie:)
11 lutego 2011 dowiedzieliśmy się, że Mubarak zdymisjonował. Cały Egipt czekał na tą wiadomość. Kraj zalała fala entuzjazmu, ludzie znowu wyszli na ulicę, ale tym razem po to, żeby świętować wspólnie swoją wygraną.
Teraz wszystko już wróciło do normy, El Gouna znowu się zapełnia a my pracujemy jak dawniej. A tym czasem…tomorrow is another day…a, no i będzie wiać!!:)
Wietrzne pozdrowienia z „wyzwolonego” Egiptu!

Hurghada

Od Hurghady mieszkałam niecałe 30 km, jeździłam tam okazjonalnie, a w zasadzie wtedy, kiedy musiałam, bo nie należało to do najmilszych wycieczek… Za każdym razem zastanawiałam się, jak to możliwe, że ludzie tak masowo przyjeżdżają tam na wakacje, skoro to miasto to jedno wielkie wysypisko śmieci…? Odpowiedź jest prosta, tanio i ciepło! Mimo to, wolałabym chyba jednak nasze skromne kurorty nadmorskie;)

Pierwszy raz, jak wjechałam do Hurghady oddałam kierownicę koledzę, byłam w szoku, że przez ostatnie 5 minut na ulicy jeszcze nikt się nie zabił, bo coś takiego jak prawo drogowe tam nie istnieje i nawet czerwone światło, nie budzi respektu. Kiedy wjeżdzałam na ulicę hurghady czułam się, tak jakbym brała udział w grze komputerowej, trzeba było wymijać wrogów i każdy z nich miał po 3 życia:) Po miesiącu sama nauczyłam się tam jeździć, choć do dziś twierdzę, że wymaga to nie lada odwagi:)

Anyway, syf, brud i malaria, tak trzema słowami opisałabym to miasto, chociaż ponoć istnieją gorsze miejsca na tym świecie… Po pierwsze na prawdę jest brudno, lokalesi potrafią sobie zrobić wysypisko śmieci nawet przed swoim ukochanym meczetem. Widok wiszącej na haku krowy, którą można rozpoznać już tylko po ogonie i otaczających ją much to normalka. Żebrzące dzieci, staruszkowie przesiaduący na krawężnikach i sprzedawcy zaczepiający ludzi na każdym kroku. Ale to wszystko nic, kiedy skręciło się w jedną z bocznym uliczek, to dopiero zaczynały się prawdziwe slumsy… Dziury w scianach, ciemne nory, rozwalne samochody, sklepy i warsztaty osadzone w barakach, błąkające się psy a między tym wszystkim biegające dzieci.

Ponoć jest takie prawo w Egipcie, że podatek płaci się tylko od nieruchomości, której budowa jest skończona, dlatego większości budynków brakuje dachów lub ostatniego piętra:) Cała Hurghada wygląda więc dokładnie tak, jakby przed tygodniem skończyła się tam wojna, a wszystko to przeplata się z tysiącem hoteli, których goście na zewnątrz chyba nawet nie wychodzą. Chyba łatwiej by było zrzucić na to miasto bombę, zrównać z ziemią i wybudować od nowa, niż naprawić jego aktualny stan.


Chyba tylko marina należy do tej ładnej części Hurghady, reszta architektury to zbiór przypadków.
Jeśli więc ktokolwiek zastanawiał się nad wakacjami w Hurgadzie, szczerze radzę, już lepiej jedźcie do Łeby:) Dziękuję, dobranoc!

Wizyta w lokalnym zakładzie fryzjerskim…

Egypt, El Gouna

No i stało się…dokładnie rok temu postanowiłam spakować walizki i opuścić naszą piękną lecz czasami mocno męczącą mnie już ojczyznę, pozwalając aby moim życiem zarządził wiatr… Nie brzmi to może jak kontrakt na milion dolarów, ale kto by się tym przejmował:) Kupiłam więc bilet w jedną stronę i poleciałam do Egiptu. Moim nowym domem stała się El Gouna.
Nigdy wcześniej tam nie byłam, nie mogę więc powiedzieć, że wiedziałam co robię i gdzie jadę, ale mocno wierzyłam, że to jest właśnie czas i miejsce na zmiany i tego właśnie chciałam. El Gouna okazała się strzałem w 10:)
Prywatne miasteczko, zbudowane ok. 20 lat temu, nazywane Wenecją Egiptu, ze względu na to, że jest ono zalane lagunami i kanałami, co sprawia, że widoki są jak z obrazka, okazało się spokojnym, ale urokliwym i pełnym młodych ludzi miejscem. Przejeżdżając przez bramy miasta, pomyślałam sobie, że wjeżdżam do Disneylandu…wszystko wyglądało ładnie i kolorowo, w przeciwieństwie do reszty egipskich miast. W El Gounie jest czysto, cicho i bezpiecznie, dużo bardziej europejsko, jeśli można tak powiedzieć, może za sprawą mieszkańców, bo większość z nich to Europejczycy.
W RedSeaZone, polskiej bazie, do której przyjechałam, większość pracowników to Polacy i Egipcjanie, ale też Niemcy, czy Rosjanie, także można powiedzieć, że przystosowanie do lokalnej społeczności przechodziłam stopniowo:)
Szok kulturowy dopadł mnie dopiero po paru miesiącach, kiedy to moja irytacja sięgała zenitu przy najprostszych sprawach do załatwienia z Egipcjanami. Ty prosisz, by poszedł w prawo, on idzie w lewo i tak całe życie…oni mają inny czas, inne pojęcie słowa „praca”, inne poczucie humoru i generalnie mentalność, której chyba nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć. Przyjeżdżając na 2 tygodniowe wakacje i ignorując osobników typu „My Friend, good price for You” czy „First time in Egypt? I love u so much” można spędzić na prawdę fantastyczny czas. Kiedy jednak trzeba z nimi żyć i współpracować, sytuacja nabiera ciemniejszych barw…:)
Oczywiście nie wolno generalizować, ja sama mam kilku dobrych kolegów wywodzących się z tego afrykańskiego kraju i serdecznie ich z tego miejsca pozdrawiam! A mimo tego, że różnice kulturowe i religijne są ogromne, to jednak skłaniają do refleksji…wiele razy próbowałam wejść w buty muzułmańskiej kobiety i zrozumieć jej sposób myślenia i życia…niestety bezskutecznie:)
Ale wróćmy do najważniejszego, tego co sprowadziło mnie na egipską ziemię. Wiatr, wiejący praktycznie przez cały rok i ciepłe Morze Czerwone z pół kilometrową laguną przy samej bazie. Czego chcieć więcej, jeśli jest się obłędnie zakochanym w kitesurfingu? Szczerze i bez kokieterii muszę powiedzieć, że w El Gounie są jedne z najlepszych warunków do kite’owania na całym świecie. Nie wiele jest miejsc, gdzie dobre warunki są przez cały rok a spoty są tak łatwe i przyjemne. Idealne miejsce dla początkujących i na progres. Nie pytajcie mnie, jakie wziąć latawce, bo wieje różnie, nie ma reguły, ale max. Do 35 knotów ze stałym kierunkiem side-on shore.
Przerażało mnie lato w Egipcie, ale muszę przyznać, że nie było tak źle. Upały były dużo mniej odczuwalne przez silny wiatr, który wiał co prawda jak z suszarki, ale wiał. Jak go zabrakło, mało kto wychodził z domu napawając się chłodkiem z klimatyzacji:)
Przez ostatni rok ujarzmiałam 3 kite’y: zaczynając od RRD, po Wainmana i kończąc na F-One Bandit IV, zawsze 9 na każde warunki, z tym ostatnim walczyłam nawet na 40knotach, w co nie wiele osób mi wierzy:) Nie powiem, ciężko było złapać krawędź, ale jak już się udało to winda do nieba!:)) Co do deseczki to niezmiennie Nobile NHP 2011 i nie zapowiada się na zmianę.
W RedSeaZone spotkałam gro fantastycznych ludzi i przeżyłam magiczne momenty…czerwone wino nigdy nie smakowało tak dobrze a spadająca kometa była istnym znakiem na niebie…:) Nigdy nie zapomnę też czasu rewolucji, którą przetrwaliśmy będąc przez cały czas na miejscu i próbując walczyć o przetrwanie bazy (ale to temat na oddzielne story) i naszych unikatowych Ja’Mondays, które stworzyliśmy właśnie w rewolucję i trwają do dziś. To śmieszne, ale byłam twórcą eventów które z czasem rozwinęły się do najlepszych imprez, na jakich kiedykolwiek sama byłam:) Jam session, totalnie spontaniczne i niesamowicie prawdziwe, na plaży, pod gwiazdami z najlepszą muzyką i pozytywnymi ludźmi, co poniedziałek odbywało się w bazie i stało się już tradycją.
Jednak nawet takie miejsce może zmęczyć, szczególnie jak jest to miasteczko z trzema sklepami spożywczymi, w których spotykasz ciągle te same twarze ( w El Gounie nie sposób zostać anonimowym), a małomiasteczkowość niektórych sąsiadów staje się nie do zniesienia, szczególnie dla osób z dużych miast, dlatego też przyszedł czas na zmiany i po roku postanowiłam przenieść się dalej i zazimować w kolejnym wietrznym i ciepłym miejscu…

Słowo wstępu…

Rok temu wyjechałam z Polski i ruszyłam w podróż, mam wrażenie, jakbym wtedy na prawdę zaczęła żyć i oddychać pełną piersią…Odkryłam w sobie ogromną pasję, jaką stał się kitesurfing i postanowiłam połączyć to z odwieczną miłością do podróży. Teraz muszę przyznać, że jestem szczęśliwa, bo zajęłam się czymś co kocham i zaczęłam spełniać swoje marzenia. Może to brzmi banalnie, ale tak jest. Nie bójmy się marzyć i bądźmy krawcami włanego życia!
Nigdy nie byłam fanką blogów, ale poczułam, że bardzo chciałabym podzielić się moimi doświadczeniami i wrażeniami ze wszystkich podróży i udowodnić niektórym, że czasami trzeba tylko bardzo chcieć…
Nie będę pisać o sobie, ale świecie widzianym oczyma dziewczyny, o kitesurfingu i o tym jak poszerzają się horyzonty…