Jericoacoara – ziemia obiecana

W końcu po miesiącu bycia w Brazylii, przyszła pora, na to by wziąć sobie 3 dni wolnego i oderwać się na chwilę od budowy bazy i całej tej roboty. Chcieliśmy pojechać, gdzieś, gdzie możemy choć przez chwilę poczuć się, jak na wakacjach. Jechać na północ czy południe? Padło na północ. Ruszyliśmy więc do słynnego miasteczka Jericoacoara, oddalonego o 300km od Fortalezy, żeby na własne oczy zobaczyć o co chodzi w krążących legendach na temat tego miejsca.

Ostatnie dwadzieścia kilka kilometrów to jazda przez wertepy, wydmy, lasy lub plaże, bo drogi do Jericoacoara są trzy, ale żadną z nich drogą nie można nazwać. Sęk w tym, że Jericoacoara i duży teren wokół to Park Narodowy, nie ma tam więc dróg, a miasto schowane jest za wydmami. Zadna z możliwych dróg nie jest łatwa dla zwykłego turysty, ale pomocnych dłoni nie brakuje. Wszędzie znajdzie się jakiś lokales, który za kilka reali zawiezie cię na miejsce. Miejscowi znają tam każdą dziurę, wiedzą kiedy jest przypływ, jak ominąć nowo tworzące się lagunki i nie zakopać samochodu. Jak już uda ci się przetrwać ten offroad docierasz do bram miast, gdzie powinno się odstawić samochód na parking. Teoretycznie rzecz biorąc, osobom nie uprawnionym nie wolno jeździć samochodem po mieście.

strong wind

JERI

Kiedy dotarliśmy do serca Jericoacoary, zrozumiałam o co ten cały szum…to miasteczko to istna idylla! W chwilę zapomnielismy o minionym czasie, stresie i pracy, to było to czego potrzebowalismy! Kolorowe, tętniące życiem miejsce, gdzie wszyscy są wyluzowani, uśmiechnięci i sympatyczni. Małe uliczki, na których znaleźć można knajpki, kawiarnie, sklepiki z rękodziełem i galerie artystyczne. Ulicami, które wysypane są piachem ( w Jeri nie ma ani normalnych ulic, ani chodników, wszędzie jest tylko piach) przemykają surferzy i hipisi. Czuje się w powietrzu luz, radość i marihuane:)

surf girl in Jeri

Jericoacoara

Jeri by night

W Jeri w końcu znalazłam pyszną kawę w kawiarni Cafe Late Project. Co lepsze okazało się, że właścicielem jest polski Grek, założyciel byłej kawiarni Cafe Brama w Warszawie. Poznaliśmy się podczas urodzin jego syna Franka, lokalnego surfera, który wraz z polsko-grecką rodziną i brazylijskimi kumplami świętował w kawiarni:) W Cafe Late Project można napić się super mocnej Caipirinhi a także zjeść najlepsze na świecie naleśniki z serem i owocami! Polecam!

Cafe Late Project

HISTORIA

Historia Jeri jest taka, że była to wioska rybacka, celowo założona za wydmami przez hipisów, którzy postanowili odciąć się od reszty świata i zamieszkać z daleka od stresu, korków, hałasu i nowoczesności. Jeszcze 20 lat temu nie było tam prądu, telefonów, telewizji, gazet, a pieniądze funkcjonowały raczej rzadko. W 1984 roku Jericoacoara stała się obszarem ochrony środowiska, natomiast w 2002 roku cały obszar Jijoca de Jericoacoara uzyskał status Parku Narodowego. Turyści szukając miejsc nieznanych i dzikich powoli docierali do Jeri zachwycając się jej magicznymi miejscami i klimatem, szczególnie po tym, jak  „Washington Post Magazine” okrzyknął Jeri, jedną z dziesięciu najpiękniejszych plaż świata. Pomimo ogromnych restrykcji w budowie, miasteczko szybko zaczęło się rozwijać, a dziś mimo tego, że jest miejscem turystycznym, zachowało swój klimat i czar, dalej nie ma dróg i mieszkają tam prawdziwi hipisi, sprzedający wieczorami koraliki na ulicy….

beach in Jeri

after sunset in Jeri

Pedra Furada

POUSADY

W Jeri jest ok 200 posad, także jest z czego wybierać, chociaż podczas wysokiego sezonu i świąt lepiej rezerwować z wyprzedzeniem. Ceny za pokoje w Jeri wahają się od 70 – 500 reali, także każdy znajdzie coś dla siebie. My w 10 minut znaleźliśmy miejsce idealne, blisko plaży, w samym centrum, z przemiłą obsługą i w rozsądnej cenie. Mieszkaliśmy w CasAlice, posadzie, której właścicielami jest włoskie małżeństwo. Z pełną odpowiedzialnością polecam to miejsce http://www.casalice.com

SPOT

Jeri to miejsce dla każdego, bo nie dość, że jest tam mnóstwo cudów natury, karmiących zgłodniałe dusze turystów, to także oferuje spoty dla windsurferów, surferów i kitesurferów. Wystarczy wyjść na plażę i po prawej znajdziemy windsurfing, na wprost delikatne fale do nauki surfingu, a tuż za wydmą miejsce do kite’a. Bajka!

Kitesurfing

Jeśli chodzi o kitesurfing, to spotów jest dużo więcej. Za wydmą w miasteczku jest mocno szkwaliście, ale jeśli wybierzemy się już trochę dalej, wiatr się stabilizuje i spokojnie można robić downwind do laguny Guriu, która zalewana codziennie rośnie do ogromnych rozmiarów. Guriu mieści się za magicznym lasem mangrove, żeby tam się dostać, trzeba przeprawić się przez rzekę, najlepiej przy pomocy doświadczonego kierowcy. Jednak przy takich wyprawach nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć – raz korzeń przebił nam oponę i spóźniliśmy się na przeprawę przed najwyższym stanem wody. Później prąd rzeki był już tak silny, że lokalesi nie dali rady nas przeciągnąć na drugi brzeg. Trzeba było objechać teren na około i wjechać do Jeri od drugiej strony, pół dnia z głowy… Godna polecenia jest również Tatajuba, gdzie można popływać, zjeść świeżą rybkę i pomoczyć pupę w wodzie leżąc w hamaku:) Na północy wieje zawsze mocniej niż na południu, warto to wziąć pod uwagę przy wyborze latawców, nam często brakowało 7 czy nawet 5… Transport na lagunę można załatwić z pierwszym lepszym kierowcą buggy, a jest ich tam mnóstwo lub w szkółce kite’owej.

windsurfing in Jeri

Mongrove forest, Guriu

kitesurfing in jeri

Mangrove forestkite in jeri

NIGHTLIFE

Na wieczór w Jeri czeka się cały dzień:) A zaczyna się on pożegnaniem dnia na wydmie, wszyscy wdrapują się na górę, żeby zobaczyć najpiękniejszy zachód słońca, robią zdjęcia i piją drinki. Na koniec można zjechać z wydmy na sandboardzie! Później wszyscy wychodzą na ulicę i zaczyna grać muzyka, głównie słychać bębny i Boba Marleya ale można też posłuchać dobrego rocka na żywo! W przenośnych mini barkach ustawionych na plaży, można kupić każdego drinka od Caipirinhi po Farmację (czyli zlewki wszystkiego). Knajpy są pełne, hipisi wychodzą ze straganami ulicznymi i można kupić najlepszy serek z grilla w wykonaniu lokalnej babci. Odlot gwarantowany!

Jeri to chyba do tej pory moje ulubione miejsce, gdzie mogłabym zostać na dłużej. To miejsce na miłość, na sport, na przyjaźń, dobrą imprezę i po prostu fajne życie, gdzie można poczuć się na prawdę sobą…

Bob Marley in Jeri

grilled fish Jeri

diune in Jeri

sunset in Jeri

IMG_4778

Brazylijskie story

Okazuje się, że duża odłegłość od ojczyzny nie jest przeszkodą dla Polaków by kupić ziemię, prowadzić biznes, założyć hotel czy po prostu się ożenić. W Brazylii spotkaliśmy takich naszych lokalnych rodaków bardzo wielu. My otworzyliśmy szkołę i bazę kitesurfingu, w Guajiru – małej wiosce rybackiej. Dlaczego Brazylia? Bo w życiu nie byłam w miejscu, gdzie gwarancja wiatru może być wystawiana na piśmie. A dlaczego Guajiru? Bo brakowało tutaj takiego miejsca. No a poza tym, mnóstwo zieleni, szerokie plaże ciągnące się przez setki kilometrów wybrzeża, rożnorodność spotów, od fali po płaskie laguny, stała temperatura powietrza i wody ( a ciepły ocean to raczej rzadkość) i sympatyczni ludzie.

Po miesiącu biegania, załatwiania, kopania, malowania, murowania, dogadywania się w języku nie bardzo nam znanym i czekania, no bo tutaj wszystko jest amanhã (czyli jutro), udało nam się postawić bazę Sueño Surf. Plan został więc zrealizowany i nowy domek nie jedną caipirinhą ochrzczony.

Mamy szczęście zatrudniając najlepszego surfera z okolicy, Wilkiego. Zazdrość mnie zżera patrząc codziennie na jego trójkolorowe, tlenione od słońca loki, a faceci zaciskają pięści patrząc jak surfuje po falach, ale za to mamy najprzystojniejszego beach boya, świetnego instruktora i gościa na którego na prawdę można liczyć, w jednym! Zanim przyjechaliśmy, Wilki szwędał się po plaży, prosząc kolegów o pożyczenie kite’a. Nie miał pracy ani pomysłu, chciał tylko surfować. Cieszę się, że mogliśmy go „zaadoptować” i pomóc się rozwijać. Jakim zaskoczenie było, kiedy dowiedziałam się, że taki cool facet z uśmiechem na ustach mówi, że nie ma ani komputera, ani nie korzysta z internetu, ani nie ma też Facebooka -szok:))) Ale po co mu to wszystko, skoro on chce tylko pływać, wszystko czego potrzebuje jest na plaży:) Teraz błyskawicznie uczy się angielskiego i jest naszym najlepszym pracownikiem. Ma też inne talenty, np. robi piękne lampy…

Wilky

Jesteśmy już tutaj 1,5 miesiąca, nasz wodny pies zaczął w końcu pływać i co gorsza przerósł swoją klatkę, w której miał wracać do Polski ( ma teraz 5 miesięcy), sama staram się pływać regularnie, ale ciągle brakuje czasu…przy takiej pracy i własnej firmie, dni wolne nie istnieją. Jest za to słońce, wiatr i są najlepsze ananasy na świecie!:)

wilky&sheelamesunset

Beżmyślność – czyli Egiptu kres

Minęło dużo czasu od ostatniego posta, chociaż zbierałam się do pisania w każdej wolnej chwili. Chyba jednak potrzebowałam nabrać zdrowego dystansu, zapomnieć o egipskich mękach i utwierdzić się w przekonaniu, że jest to koniec beżowej historii a do Egiptu nie wrócę, choćby mi słono za to płacili! Brzmi groźnie, ale od powrotu do Polski minęły prawie dwa miesiące, a ja nadal na hasło „Egipt” wzdrygam się z obrzydzenia…

„Dlaczego, to przecież taki fajny kraj?” pytają się niektórzy… w końcu tak ciepło, pięknie, ludzie przyjaźni no i na kite’a cudne miejsce… Zaczynając od końca – z tym kite’m to bym nie szalała, bo w tym roku wiatr się nie popisał. Od kwietnia do lipca nie było porządnego pływania, Allah się chyba nieźle wkurzył w tym roku, na to co dzieje się pod jego dachem, bo zsyłał nam ciągle zaczepne 10 węzłów…Uwierzcie, że to mocno frustrujące siedzieć w 40 stopniowym upale nad lagunami, gdzie nic nie wieje…

Punkt 2. Przyjaźni ludzie. Tutaj mogłabym rozwinąć swoje skrzydła, ale nie chciałabym się zapędzać, aby nikogo nie urazić. Bardzo ogólnie więc zacznę, że przyjaźni ludzie w Egipcie raczej nie oferują bezinteresownej przyjaźni. Potrafią perfekcyjnie wczuć się w rolę powiernika, pomocnika, opiekuna rodziny czy po prostu kumpla od serca i udawać nawet 2 lata, aby później wsadzić ci nóż w plecy dla kilku dolców… okrutne, ale prawdziwe. Poza tym przyjaźni ludzie zajęci są teraz dokonywaniem rewolucji w kraju. Teraz, pół roku temu, rok temu i tak od stycznia 2011 nie myśląc o konsekwencjach, szczególnie w turystyce, no ale to chyba akurat nikogo nie dziwi, przecież bezmyślność jest im tak bardzo bliska ( dla wtajemniczonych beŻmyślność). W Egipcie nie uda ci się zamówić nawet zwykłej kawy, żeby kelner się nie pomylił, a co dopiero załatwić jakiejś „ważniejszej” sprawy. Po 2 dniowym pobycie w Kairze, musiałam wziąć urlop od urlopu, żeby uspokoić wszystkie swoje postrzępione neurony i długo nie mogłam uwierzyć, że to co tam się dzieję, dzieje się na prawdę.

W czerwcu tego roku byliśmy jedynymi turystami pod piramidami w Kairze. I cieszyłby mnie ta możliwość spokojnego oglądania zabytków, gdyby nie fakt, że już po drodze zostaliśmy zaatakowani, przez ulicznych łapaczy, którzy rzucali nam się pod kółka, krzycząc, że nie wolno nam dalej jechać, bo to zabronione! Łapacze agresywnie zatrzymują turystów i zmuszają ich do przejażdżki ich własną taksówką. Zaliczyliśmy więc slalom miedzy ludzki, żeby później pod piramidą zostać otoczonym przez lokalnych wyciągaczy kasy, którzy mimo grzecznych próśb o święty spokój, nie dość, że zaczepiali to jeszcze chodzili krok w krok za nami, ja w lewo, on w lewo, ja w prawo, on w prawo, ja do tyłu on też! Nawet zwykłe „EMSCHI…..!!!” nie pomogło…

Nie mówię już o próbie zaczerpnięcia szczypty kultury i chęci pójścia do kina w Hurghadzie,  kiedy to kasjer Mohamed zaatakowany przez klientów chcących kupić bilety do kina wołał na pomoc Ahmeda, a on z kolei Mohameda 2-giego, który po 20 minutach prób kupienia biletów na film JAKIKOLWIEK oznajmił nam z uśmiechem na ustach, że kino jest zamknięte z powodu zepsutej klimatyzacji (45 stopni Celcjusza). I tak w koło macieju…nawet idąc do sklepu po mleko, straciłam nadzieję, że misja się powiedzie, a ja nie wrócę poirytowana do domu…

Do tego kierowcy jeżdżący autostradą w nocy bez świateł, pracownik stacji benzynowej lejący paliwo z petem nad zbiornikiem, mechanik zamieniający uparcie zepsutą część twojego motocykla na tą samą zepsutą część, no ale wymienił przecież to motor jak nowy! Don’t worry my friend – czyli mam cię totalnie w dupie, mówione z uśmiechem na ustach – doprowadzało do furii.

Nawet Rekord Guinnessa, do którego przygotowywaliśmy się od pół roku nie został zrealizowany przez niedbalstwo i ignorancje jednego z reprezentantów El Gouny (głównego sponsora), ponieważ olał i nie załatwił prostego, zwykłego dokumentu – pozwolenia od wojska… i jak tu nie zwariować?

Ciężko jest żyć i pracować w kraju, w którym wiecznie rzucają ci kłody pod nogi, a uniwersalnym wytłumaczeniem na wszystko jest stwierdzenie: „This is Egypt my friend”, co w podtekście oznacza „mamy przyzwolenie na nie myślenie”.

El Gouna zawsze wydawała mi się tą enklawą, której prawdziwe egipskie życie nie dotyczy, bo przecież nie ma syfu, nie śmierdzi, jest ładnie, kulturalnie, europejsko… jednak ta niebiańska wyspa ściągnęła na swoją ziemię trochę za dużo toksycznych ludzi… Ludzi, którzy nie radząc sobie w swoim mieście, gdzie nie potrafili wiele osiągnąć, przyjechali na zagraniczną wieś, gdzie dla garstki innych ludzi zaczęli być kimś. Niestety, tak jak każda wieś, El Gouna żywi się plotkami. Ludzie żyją życiem innych, bo własnego nie mają. Na każdym rogu czai się zawiść i plątają intrygi, aby tylko komuś nogę podstawić… Z miejsca przepełnionego kompleksami, prawdziwi ludzie uciekają czym prędzej, aby tylko nie stać się takimi jak reszta…

Przykro stwierdzić, że póki co mało dobrych wspomnień zostało mi z tego miejsca, oprócz jednego, mojej wielkiej miłości:)

Mam nadzieję, że nikogo tym tekstem nie uraziłam, wiadomym jest, że mówię o większości, jaką reprezentuje ten kraj i mogłabym tak mówić jeszcze bardzo długo roztaczając opowieści i pokazując przykłady bezmyślności, ale tym postem chciałabym zamknąć ten kolejny rozdział i skupić się tylko i wyłącznie na nowym tchnieniu, dobrych emocjach i inspiracjach, z których powstaje nasze nowe baby – SUEÑO Surf! Ale o tym wkrótce, a póki co zachęcam do polubienia naszej strony:

https://www.facebook.com/SuenoSurf

Pozdrowienia z pięknej i cywilizowanej Warszawy:)

World Guinness Record od kuchni:)

Nie sposób ominąć ten temat na moim blogu gdyż projekt Guinnessa zajmuje istotne miejsce w naszym życiu od dobrych paru miesięcy. W skrócie mówiąc Maciej postanowił pobić rekord Guinnessa oczywiście na kitesurfingu. Kategoria, której się podjął brzmi: „The longest kitesurfing journey”, a odległość do pokonania to 400km w linii prostej (w praktyce więc będzie to grubo ponad 500).

Wydawałoby się, że to jednorazowa akcja, wskoczy na deskę i popłynie, co to za wyczyn? Nic bardziej błędnego….przygotowania trwają od pół roku i totalnie zmieniły tryb naszego życia, na lepsze oczywiście! Przede wszystkim dieta i zdrowa żywność (od razu wskazówka na wadze spadła o kilka kg w dół). Poza tym abstynencja! Maciej nie pije alkoholu w ogóle od pół roku, a ja mu towarzyszę przełamując co jakiś czas tą rutynę jednym drinkiem, który i tak już mi nie smakuje. Nie umiem już pić, ale myślę, że powrót do Polski szybko mnie uleczy:) No i przede wszystkim trening, codziennie chodzimy na basen, do tego siłownia i oczywiście kite. Maciek robi 100 kilometrowe downwindy, a ja asystuje mu z autostrady jadąc samochodem:) Osobiście jestem dumna z systematyki jaką wprowadziliśmy w nasz codzienny tryb życia, nigdy nie byłam w lepszej formie!

Projekt bicia rekordu Guinnessa oczywiście potrzebował wsparcia sponsorów, gdyż, samo wynajęcie łodzi asekuracyjnej to ogromny koszt. Dla przybliżenia, cała akcja ma być w każdym calu bezpieczna, Maciek będzie płynął wzdłuż brzegu (w miarę możliwości) a łódź będzie cały czas w pobliżu. Zaczynamy za Suezem a kończymy za Safagą. Na łodzi będą świadkowie sporządzający raport przez cały czas trwania podróży, gdyż tego wymaga organizacja Guinnessa dla potwierdzenia rekordu. Dodatkowo cała akcja będzie filmowana non stop z kamer CamOne umieszczonych na kajcie i barze (dokumentacja video jest niezbędnym dowodem).

Przebrnięcie przez dokumentację, wymogi i regulaminy Guinnessa nie było łatwe. Mam wrażenie, że urzędowy język jakim pisane są te wszystkie regulacje, specjalnie jest tak zawiły, tworząc niejednokrotnie zdania zaprzeczające same sobie i komplikujące warunki pobicia rekordu jeszcze bardziej. Po przeczytaniu stosu tych papierów człowiek już nic nie wie i ma ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Ale mimo wszystko determinacji nam nie zabrakło i teraz to już z górki:)

Praca nad zyskaniem sponsorów i partnerów zajęła nam kilka miesięcy i pochłonęła masę nerwów, ale udało się! El Gouna została głównym sponsorem, wspierają nas również Redbull i Albawaba. Poza tym partnerami akcji zostały firmy Nobile, CamOne, RedSeaZone a medialnie wspiera nas Wprost, kiteforum.com oraz Albawaba.

Osobiście najbardziej martwi mnie 100 kilometrowy kawałek trasy na południe od Zafarany, gdzie z powodu przewężenia akwenu wiatr się wzmaga i mocno kręci, tworzą się spore fale, od 3 do 8metrów, które co gorsze są nieregularne i rozbijają się jedno o drugą. Każdy doświadczony lew morski przestrzega przed tym odcinkiem, a łodzie nie raz muszą czekać kilka dni, aż morze uspokoi się w tym rejonie, żeby móc przepłynąć dalej….

Akcja rozpoczyna się za kilka dni, więc robi się gorąco…obserwujemy pogodę, koordynujemy przygotowanie łodzi i staramy się uspokoić. Z tym ostatnim jest problem, gdyż najgorsze co można w tym wypadku zrobić to się stresować. Stres odbiera energię i sen, który przed rekordem jest Maćkowi tak bardzo potrzebny. Może macie jakieś rady, jak naturalnie się wychillować?:) Teraz uratuje nas tylko spokój:)

Próbę bicia rekordu Guinnessa będziecie mogli obserwować na żywo na wprost.pl

Video relacja na stronie wprost i FB https://www.facebook.com/photo.php?v=449162648435842

Akcje możecie wspierać na FB https://www.facebook.com/events/347247788653220/

Trzymajcie kciuki za dobre wiatry!

El Gouna – Hamata

Powodem dość długiej przerwy w pisaniu była intensywna i kreatywna praca, której efekty już wkrótce, no a poza tym zasiedzenie w El Gounie, bo o czym tu pisać, jak każdy dzień wygląda tak samo? Stwierdziłam, że po półtora roku mieszkania w Egipcie, wstydem by było nie zobaczyć nic więcej, poza „własny podwórkiem”. Szczerze mówiąc nie wiele straciłam, no ale o tym zaraz. Wybraliśmy się więc na wycieczkę do Hamaty, tak popularnego ostatnio spotu, oddalonego od El Gouny o całe 400km. Samochód zapakowany po dach, deska surfowa wystająca przez okno, aparat w pogotowiu i w drogę. Nie śpieszyliśmy odwiedzając po drodze Soma Bay, Safagę, Marsa Alam, aż w końcu dotarliśmy do celu.

Soma Bay jest fajnym spotem, duże laguny i bliskość dobrych hoteli to wielki plus. Jednak atmosfera niemieckich baz (bo tylko takie tam znajdziecie) odstrasza ludzi. Pracownicy i o dziwo klienci chodzący na baczność, sygnał dźwiękowy niczym z wojska oznaczający zakończenie pływania i zakaz wszystkiego, czyli prawdziwy „Ordnung muss sein”. Szybko stamtąd uciekliśmy odwiedzając po drodze znajomych w Safadze.

Safaga zwana Syfagą świeci pustkami. Bazy wyposażone w dziesiątki desek i żagli windsurfingowych podumierają. Aż żal patrzeć…windsurferzy, gdzie jesteście??

Następnym miasteczkiem, przez które przejeżdżaliśmy było Al Qoseir. Jeśli można zobaczyć coś pięknego w egipskich miasteczkach nadmorskich pełnych śmieci, brudu i biednych ludzi, to musze powiedzieć, że Al Qoseir był na swój sposób wyjątkowy….może to za sprawą włoskiego nuty, którą czuć było na każdym kroku. Do tego miasta Rosjanie czy Polacy nie dojeżdżają, pobliskość lotniska Marsa Alam sprawia, że miasteczka te są przesiąknięte Włochami. Ludzie jacyś tacy, jakby bardziej uśmiechnięci, mniej natarczywi, jakoś tak inaczej, lepiej…

Na koniec dnia cudem udało nam się znaleźć tani motelik w Marsa Alam, żeby przenocować i odpocząć. Cena 10$ adekwatna była do standardu. Jednak za łatwe to było na Egipt. Panowie zażądali pokazania aktu ślubu, aby dać nam jeden pokój. Pół godziny tłumaczenia i straconych nerwów, żeby przespać się w obskurnym motelu razem z naszymi przyjaciółmi, karaluchami….Marsa Alam to w zasadzie jedna główna ulica, gdzie z trudem można znaleźć jakąś knajpe. Tzn, jest, fantastyczna restauaracja z bogatym menu, tylko jedzenia nie ma….

Zbliżając się do Hamaty przekroczyliśmy tablicę z napisem „Wadi El Gamal National Park”. Warto było się zatrzymać bo widok bezcenny…w miejscu, gdzie zaczynał się egipski park narodowy, było też …największe skupisko śmieci….

Wreszcie w Hamacie! Spot zrobił na nas ogromne wrażenie! Niesamowicie wielka przestrzeń, płaska laguna i zero kamyków czy muszli. Do tego ten prosty krajobraz przyozdabiają słynne już drzewa Mangrove rosnące w wodzie i otoczenie wysp. Spora baza, z dobrą atmosferą, przyjaznym staffem, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce. Wszystko super, tylko co, jak nie wieje?

Silny wiatr utrzymywał się mniej więcej do południa, później stopniowo gasł, pływanie kończyło się więc dosyć wcześnie.

W Hamacie oprócz spotu, są jeszcze trzy hotele, chatki lepione z gówna i tektury, wędrujące wielbłądy i kawał pustyni. Dalej jest check point, przez który nikomu nie wolno już przejeżdżać. A dalej nie ma już nic. Warto też dodać, że różnica temperatur między El Gouną a Hamatą, jest znaczna. Co najmniej kilka stopni więcej.

Zostaliśmy bardzo mile ugoszczeni w hotelu The Wadi Lahmy Azur Resort****. Muszę powiedzieć, że wysoki standard i przemiła obsługa totalnie nas zaskoczyły. Dostaliśmy fantastyczny pokój z widokiem na morze w bardzo preferencyjnej cenie. Z przyjemnością mogę polecić ten hotel. Poza tym co godzinę organizowane są transfery na spot do Kite Village, który oddalony jest o kilka kilometrów od hotelu.

W Hamacie spędziliśmy kilka bardzo fajnych dni, ale to w zupełności wystarczyło…

Między drzwiami a drzwiami…

Wietnam fajny, ale nie zachwycił. Mile zaskoczyli mnie ludzie, odstraszył brud i śmieci. Smak soczystego ananasa, świeżych owoców morza i prawdziwych sajgonek pozostanie na długo, ale dobrze było wrócić. Euforia przyjazdu do Polski trwała tydzień…przyjaźnie, smacznie, domowo, ale tak szaro, zimno i depresyjnie…no i co tu robić? Nie sądziłam, że to jeszcze powiem, ale cieszę się z powrotu do Egiptu, przynajmniej na jakiś czas. Nie znaczy to, że Egipt lepszy jest od Meksyku, czy Azji, absoultnie nie! Ale zmęczyła mnie ta ciągła tułaczka i zmiana „domu” co tydzień. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozpakowałam walizkę. Piękne takie życie, ale co za dużo to nie zdrowo…teraz jest czas na pracę, trening i budowanie…cegiełka po cegiełce…

See U in El Gouna!

Phu Quy Island

W drugim tygodniu Mui Ne nie rozpieszczało nas prognozą, więc wyruszyliśmy w pogoń za wiatrem. Celem była wyspa Phu Quy, gdzie lokalesi dają gwarancję wichury. Gwarancja przydałaby się na piśmie, bo transport na wyspę okazał się niezapomnianą „podróżą życia”… Prom do przewozu żywności, sprzętów, zwierząt i ludzi płynął około 7h odcinek 75km…wypchany był po brzegi wszystkim co sie da, włącznie z konającymi świniami i leżącymi kaczkami u stóp ludzi. A ludzie leżący pod pokładem, jeden obok drugiego, praktycznie na sobie w koszmarnym smrodzie, przypominali prawdziwy Oświęcim. My znaleźliśmy sobie metr kwadratowy miejsca na górze, na powietrzu, obłożeni pudłami próbowaliśmy przetrwać ten piękny walentynkowy dzień siedząc na quiverach. Dopłyneliśmy pod wieczór na wyspę, gdzie czas się zatrzymał a biały człowiek pierwszy raz stanął na niej dopiero kilka lat temu. Udało się zjeść noodle w jednym barze w okolicy, gdzie babcia gotowała za kotarką, roiło się od much, a dziecko spało na pryczy obok stołów. Szczęśliwa, że w końcu mogę wziąć prysznic i położyć się do łóżka, przeżyłam nie małe rozczarowanie, bo pokoje mocno odbiegały od minimalnego standardu. Kolejną niespodzianką był prąd, który nagle o godzinie 23:30 został wyłączony…na całej wyspie. Pierwsza myśl – siadła elektryczność, ale nie, tak jest tam codziennie, bez wyjątków. Dzień kończy się o 23, za to zaczyna się wraz ze wschodem słońca.

Rano wyruszyliśmy skuterami na spot. Zawsze z niedowierzaniem patrzyłam na Azjatów czy Arabów przewożących na małych motorkach pół swojego dobytku. Tym razem na własnej skórze miałam okazję przekonać się, jak to jest. Zapakowaliśmy się w dwie osoby, z deską surfingową i twin tip, dwoma kite’ami, plecakami, aparatami i całą resztą na jeden skuter. Nie było wyjścia, to jedyna opcja transportu na wyspie.

Spot był bardzo przyjemny, nawet płaska woda, szeroka laguna, otoczona z daleka rafą, za którą rozbijały się fale. Niestety nie wiało, ani węzełka…pojechaliśmy więc eksplorować wyspę.

Fajnie było zobaczyć kawałek prawdziwego Wietnamu. Okazało się, że dla miejscowych ludzi, to my jesteśmy największą atrakcją. Wszyscy nam machali, wychodzili na ulice, dzieci biegały za motorem. Wszyscy uśmiechnięci, pozytywni, otwarci. Chcieli nawiązać kontakt, my też, niestety możliwe to było tylko na migi. Nawet zamówienie jedzenia okazuje się być tam nie lada problemem. Przypadkowo trafiliśmy na lokalne przyjęcie zaręczynowe i już u progu zostaliśmy wciągnięci do środka upojeni i nakarmieni. Wszyscy cieszyli się, że jesteśmy i nie chcieli nas wypuścić, było wietnamskie karaoke i kupa śmiechu:)

Komunizm czuć w tym miejscu, na każdym kroku. Propagandowe plakaty i flagi rozwieszone na co drugim domu, nie dały zapomnieć o tym, gdzie jesteśmy. Nie wiem, z czego ci ludzie żyją, wyspa jest maleńka, są sklepiki z kilkoma produktami w szopach, albo na ulicy, nie ma restauracji, może kilka lokalnych barów, jak ten u babci za kotarą. Jest za to dużo szkół i dużo dzieci, na przyrost naturalny władze nie mogą narzekać:) Mimo ogromnej biedy, na swój sposób ludzie tam są szczęśliwi,pewnie nie wiedzą, jak może być, gdzie indziej…

Dobrze było to zobaczyć, ale jeden dzień w zupełności wystarczył. Smród i bród wygonił mnie  z wyspy w tempie ekspresowym. Na szczęście następnego dnia rano odpływał prom, o jeden dzień wcześniej niż myśleliśmy. Prom na wyspie to jedna wielka niewiadoma, zdarza się, że z powodu złej pogody i silnego wiatru można utknąć na wyspie na kolejnych kilka dni. I tak właśnie stało się z drugą połową naszej ekipy, która chciała zostać jeden dzień dłużej, a została cały tydzień…

Z przyjemnością wróciłam do wietnamskiego Władysławowa i stwierdziłam, że nasz pokoik za 15 dolców jest istnym pałacem:)